|
PROLOG
Obudził ją szmer. Delikatne poruszenia ręki, nogi. Zbyt ciche, zbyt powolne. W nocnej ciszy fałszywe i nienaturalne. Wymykał się. Udawała, że śpi. Udawała, że nie słyszy, jak wstaje, jak w przedpokoju się ubiera, jak delikatnie otwiera i zamyka za sobą drzwi.
Nic by nie dało, gdyby stanęła i próbowała zagrodzić drzwi sobą. I tak by poszedł. Spojrzała na zegarek. Kilka minut po pierwszej. O tej porze nie będzie szedł przez całe miasto. To musi być gdzieś blisko. Wróci za dwie, za trzy godziny. Rozbierze się i wsunie pod kołdrę. A gdy jego ciało się ociepli, wtedy przytuli się do niej i znowu będą razem.
Teraz tylko zasnąć. Nie czekać. Nie myśleć. Nie wyobrażać sobie, co w tym czasie robi. Zasnąć, zanim przestraszone myśli zaczną swój taniec. Po prostu zasnąć.
ROZDZIAŁ I
1.
Porucznik nosił w sobie niczym nieuzasadnioną nadzieję, że skończy się jego wygnanie. Tak jak dawniej usiądzie za stolikiem pokrytym najlepszym suknem. Dotknie nowej talii kart. Poczuje jej chłód, jej ciepło. Dozna z powrotem tego wszystkiego, czym jest gra o najwyższe stawki.
Kiedy wezwano go do ministerstwa, pomyślał, że mu przebaczono. Zameldował się zgodnie z rozkazem. Okazało się, że ma się zgłosić do samego generała. To mogło oznaczać wszystko. Raczej nie powinien się jednak spodziewać niczego dobrego.
Adiutant generała zdawał się potwierdzać te przypuszczenia. Przyglądał się Porucznikowi podejrzliwie, uśmiechając się przy tym zagadkowo.
Porucznik siedział na krześle jak na rozżarzonych węglach, ponieważ po prawie godzinie oczekiwania pojawiła się myśl, która w żaden sposób nie powinna zaistnieć. Może generał odkrył coś, co jest związane z astrachowką. Jedną z tych kilku misternie tkanych niteczek. Jest to mało prawdopodobne. Jest to prawie niemożliwe, ale wiadomo, że przypadek może zniweczyć najbardziej precyzyjny plan. Gdyby tak było, to ma znikomą szansę na przekonanie generała, że przystąpił do realizacji planu, aby się zrehabilitować. Jedna niesubordynacja. Ładne określenie. Po prostu nie wykonał rozkazu. I tak go wtedy dobrze potraktowali.
A może generał chce mu przebaczyć? Dlatego go wezwał. Nie. To nie w jego stylu. W takim razie czego od niego może chcieć? Co takiego powie mu ten, który sprawuje tu niepodzielną władzę, który jest postrachem całej SB? Generał lubił mówić o sobie, że wstąpił do służby jeszcze przed urodzeniem. Zmieniali się sekretarze partii, zmieniały się rządy, a generał trwał. Jak ostoja. Jak drogowskaz. Był, jest i będzie.
Adiutant po raz kolejny zniknął za masywnymi drzwiami prowadzącymi do gabinetu generała. Kiedy wyszedł, zostawił otwarte drzwi i warknął w kierunku Porucznika:
– Wejść.
Porucznik poderwał się z krzesła i szybko wszedł do gabinetu generała, mówiąc od progu donośnie:
– Obywatelu generale, melduję się na rozkaz!
Z nadzieją i ze strachem patrzył na odświętny mundur generała, na którym błyszczały srebrne wężyki. Stał wyprężony na środku pokoju i czekał na najmniejszy znak. Generał tymczasem przypatrywał się Porucznikowi. Patrzył na twarz, patrzył na sylwetkę i ponownie na twarz. Wpatrywał się długo w oczy, aż Porucznik musiał zmrużyć powieki, bo bał się, że świdrujący wzrok generała przewierci mu źrenice.
– Wolicie wódkę czy koniak? – zapytał generał
Co wybrać? – myślał Porucznik. Byle szybko. Ale co? Wódkę? Wódkę, zdecydowanie wódkę. Generał to stara gwardia. Wtedy się piło wódkę. Ci, którzy są w służbie od wielu lat, muszą woleć wódkę. Wtedy chyba koniaku w ogóle nie było w sklepach.
– Zdecydowanie wolę wódkę – powiedział Porucznik
– A ja zdecydowanie wolę koniak – powiedział z naciskiem generał.
Gdyby Porucznik mógł, zapadłby się pod ziemię. Żeby nie wiedzieć, co pije generał. Taki wstyd.
– W waszym wieku zdecydowanie wolałem wódkę i teraz też wolę. Dobrze wybraliście. Chodźcie tutaj. – Generał wskazał na mapę Polski wisząca na ścianie. Wstał zza biurka podszedł do mapy. Wskaźnikiem pokazał punkt na mapie:
– To miasto ma dla nas strategiczne znaczenie. – Generał skinął na Porucznika, aby podszedł bliżej, i mówił dalej: – Tu ma być spokój. Zrozumieliście?
– Tak jest!
– Ponieważ zrozumieliście, pojedziecie do Świdnicy i zaprowadzicie tam porządek.
– Tak jest!
– Podziemie się wykrusza. A tam wszystko po staremu. Ostatnio uruchomili nawet radio.
Generał odszedł od mapy. Usiadł za biurkiem. Wyjął papierosa, zapalił. Mówił powoli:
– Generał Dubynin. Moim zdaniem ma duże szanse, aby zostać marszałkiem Związku Radzieckiego. Każdy chciałby mieć w nim przyjaciela. Czasami przebywa w mieście Świdnicy. Chce mieć spokój. Jak ma mieć spokój, skoro znajduje na swoim biurku ulotki? Każdego to może wyprowadzić z równowagi. Dostaniecie takie pełnomocnictwa, o jakich jeszcze się nikomu nie śniło. Daję wam pół roku. Jeżeli wykonacie to zadanie, będziemy z was bardziej korzystali. Jeżeli spieprzycie, lepiej żebyście się nie narodzili. Zrozumiano?
– Tak jest!
Na dworcu zamiast kupić bilet do domu, postanowił od razu zobaczyć Świdnicę. Za tydzień pojawi się tam oficjalnie. Teraz był tylko jednym z podróżnych, którzy wracali nocnym pociągiem ze stolicy. Patrzył, jak pasażerowie po wyjściu z wagonów zrzucają z siebie resztki snu. Jak szybko z jeszcze przed chwilą rozleniwionych osobników przeistaczają się w dziarskie wojsko, które próbuje walczyć z silnym deszczem. Postawił kołnierz płaszcza i ruszył wraz nimi.
Z peronu wszedł do dużego holu dworca. Drzwi prowadzące stąd do miasta były lekko uchylone. Patrzył, jak miasto połyka podróżnych. Jeden po drugim znikali za ogromnymi drzwiami. Ktoś nawet uchylił je bardziej, aby Porucznikowi było łatwiej wyjść. On jednak zamiast przywitać się z miastem, wszedł do dworcowej restauracji.
Kiedy zamawiał herbatę, poczuł przyjemnie łaskoczący nozdrza zapach świeżych pączków. Kupił trzy. Były jeszcze ciepłe, z chrupiącym lukrem. Delikatne. Połykał je z wielką zachłannością. Opamiętał się przy ostatnich kęsach. Starał się zatrzymać je w ustach jak najdłużej. Kawałek puszystego, drożdżowego ciasta z niewielką ilością marmolady. Wiśniowa? Zdecydowanie nie. Truskawkowa? Raczej nie. Wieloowocowa. Taka bez określonego smaku. I dlatego taka pełna.
Przez całą podróż rozmyślał o tym, co kierowało generałem. I mimo kilkugodzinnej analizy nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie. Nie wiedział, czy to zadanie jest szansą ma rehabilitację, czy też rehabilitacja już nastąpiła? Może tak przypuszczać, ponieważ dano mu dużo władzy. Jest specjalnym wysłannikiem generała i odpowiada tylko przed nim. Ma do dyspozycji Służbę Bezpieczeństwa, milicję. Może też prosić o pomoc wojsko.
Tylko że do takich zadań wybiera się ludzi sprawdzonych. Tych z najbliższego otoczenia generała. Tych, do których ma się zaufanie. On do takich ludzi nie należy. Nie jest też przygotowany. To, że zaledwie przez rok był szefem SB w zapyziałym miasteczku, jest dowodem na to, że nikt przy zdrowych zmysłach nie powierzyłby mu takiego zadania. Dlaczego w takim razie go wybrano?
A może generałowi spodobało się to, że wtedy nie wykonał rozkazu? Myślał o tym wielokrotnie i za każdym razem otrzymywał tą samą odpowiedź. Generał musiał zatwierdzić tamtą operację. Tak więc nie wykonał rozkazu generała. Generał musiał się wściec. Aż dziw, że jeszcze żyje.
Dlaczego zadanie zlecił mu sam generał? Nie ma przecież takiego zwyczaju. Gdyby naprawdę trzeba było udobruchać przyszłego marszałka Armii Czerwonej, to wysłano by tutaj z tuzin najbardziej doświadczonych ludzi. Część z nich piłaby z ludźmi radzieckimi, pozostali wykańczaliby opozycję. Jak by na to nie patrzeć, nie powinien dostać tego zadania.
Natomiast jedno jest pewne. Musi je wykonać. Musi zrobić to, czego od niego żąda generał. Nikt też nie może się dowiedzieć, że zastanawiał się nad tym, czy aby generał nie chce wyrównać rachunków. Musi się mieć na baczności.
Porucznik wyszedł z dworca. W Świdnicy był po raz pierwszy. Musi poznać to miasto. Im szybciej, tym lepiej. Ulice, place, domy, ludzie. Przede wszystkim ludzie.
Porucznik zamiast zachować się tak, jak postępuje rasowy turysta, i skręcić z placu Grunwaldzkiego w ulicę Łukową, która zaprowadziłaby go do Rynku, gdzie mógłby podziwiać cztery zabytkowe fontanny i zwiedzić jedyne w Europie Muzeum Dawnego Kupiectwa, skręcił w ulicę Hanki Sawickiej.
Minął przejazd. Zostawił po prawej ręce dworzec autobusowy i szedł wzdłuż wysokiego muru z czerwonej cegły, za którym stały budynki koszar. Widział, jak wyjeżdżają stamtąd ciężarówki pełne żołnierzy. Na maskach ciężarówek, na czapkach widniały czerwone gwiazdki świadczące o tym, że przynależą do największego na świecie wojska, jakim jest Armia Czerwona.
Ceglany mur przeszedł w metalowy płot, który był stosunkowo łatwy do przeskoczenia. Może dlatego co jakiś czas stali przy nim wartownicy, którzy bronili dostępu do koszar.
Idąc wzdłuż ogrodzenia, poczuł, jakiś żal, wstyd, że w jego kraju stacjonują obce wojska. Zrobiło mu się nieswojo w tym mieście, w którym było tylu obcych żołnierzy. Pomyślał, że mieszkańcy już się przyzwyczaili do ich widoku. Będzie się musiał przyzwyczaić i on. A tymczasem, to jeden z tych żołnierzy machał do niego porozumiewawczo ręką.
Podszedł do kutego z żelaza parkanu, za którym stał żołnierz.
– Kupić – powiedział śpiewnie żołnierz i wskazał na wojskowy pas, na którym widniała mosiężna klamra.
– Ile?
– Wino – powiedział żołnierz i pokazał dwa palce.
– Mam pieniądze.
– Tam – żołnierz pokazał sklep spożywczy na rogu ulicy i jeszcze raz uniósł do góry dwa palce.
Kiwnął głową na znak, że zrozumiał, i poszedł w kierunku sklepu. Beształ siebie w duchu. Po cholerę mu ten pas. To taka niewinna chęć posiadania – tłumaczył sobie. Nie, to chęć pokazania temu żołnierzowi, kto tu rządzi. To przecież głupie. Szedł szybko, oglądając się od czasu do czasu i sprawdzając, czy aby żołnierz stoi wciąż w tym samym miejscu, czy aby nie zrezygnował z transakcji.
Kupił dwa najtańsze wina i po chwili dokonywał już zamiany. Żołnierz wyciągnął rękę z pasem, Porucznik podał papierową torbę z dwoma butelkami. Tamten szybko zniknął. Porucznik stał i patrzył na nowiusieńki pas z błyszczącą klamrą na której wytłoczona była czerwona gwiazda. I nie wiadomo dlaczego potraktował ten pas jako trofeum zdobyte na wrogu, jako skalp, który można zawiesić pod szczytem swojego wigwamu.
2.
Wtedy przywiozła mu pukiel włosów. Chciała tak bardzo dać coś od siebie. Wzięła ze sobą kilka zdjęć. Swoich, swoich z dziećmi. Jej i jego. Ich z dziećmi. Nie wiedziała, które ma mu dać. Pamięta, z jaką radością otwierała kopertę z pieczątką „ocenzurowano”. Domyślała się, że to list od niego. I nie myliła się. W liście był tylko adres i malutki dopisek: „Nie jest tutaj tak źle, jest ciepło, czasami nawet gorąco”. Wiedziała doskonale, co ten dopisek oznacza. Mimo że trzeba było przejechać ponad pięćset kilometrów, postanowiła wyruszyć natychmiast.
Dzieci zostawiła teściom i nie przejmując się tym, że następnego dnia jest sylwester, wsiadła do nocnego pociągu. Miała ze sobą wypchaną torbę. Dostała wcześniej kartki i wykupiła przydział mięsa na cały miesiąc. Smażyła kotlety, piekła kiełbasę i robiła sałatkę jarzynową. Taką, jaką lubi, z małą ilością majonezu i zieloną pietruszką na wierzchu. Wiozła mu też ich miesięczny przydział papierosów. Na szczęście nie paliła i mogła mu dać i to, co jej przysługiwało.
Udało jej się znaleźć miejsce w pociągu i wzięła to za dobry znak. Modliła się, żeby tam był. Żeby go zobaczyć, dotknąć, uszczypnąć. Przekonać się, że żyje. Nie wiedziała, kiedy list został wysłany. Czy oni aby czegoś mu nie zrobili? Zobaczyć go. Usiąść przy nim. Żeby wziął jej dłonie w swoje i potrzymał trochę. Żeby zabrał ten strach, tę wielką bojaźń. I żeby jej powiedział, że wszystko będzie dobrze, że wróci. Może czekać nawet i sto lat, ale chce wiedzieć, że wróci.
W pociągu chciała napisać list. Na korytarzu paliło się światło i wpadało do przedziału. Trzymała w dłoni długopis. Nie wiedziała, od czego zacząć. Pamiętała każdy dzień jego nieobecności.
Co ma napisać? W ciągu dnia radzi sobie. Karolina do szkoły, Marek do przedszkola. Później trzeba dzieci odebrać. Obiad. Odrobić z Karoliną lekcje, a przy tym trzeba nasłuchiwać kroków na klatce schodowej. Często bez potrzeby otwierała drzwi, patrząc na schody. Czasami schodziła nawet z czwartego piętra na parter, aby się upewnić, że on nie nadchodzi. Później kolacja, potem trzeba położyć spać dzieci. I gdy zasną, można samej pójść do łóżka. I to jest najgorsza pora dnia. Ten czas przed zaśnięciem. Czas oszalałych myśli. Czas wyobrażania sobie, gdzie on jest i co oni z nim zrobili. Przez kilka pierwszych nocy wręcz bała się wejść do łóżka. A gdy się położyła, to uciekała z niego prawie w panice. Nie mogła znieść, że ona tu, w ciepłej pościeli, w nocnej koszuli, a on tam, nie wiadomo gdzie. Przesiadywała i przesypiała noce w fotelu. I dopiero gdy wpakowała Karolinę i Marka do łóżka, gdy się położyła między nimi, po wielu godzinach czuwania i nasłuchiwania, mogła zasnąć.
Tego mu nie napisze. Nie powie mu nigdy tego, że kilka dni temu, tuż przed zaśnięciem, pojawiła się myśl, że gdyby z nim coś takiego się zdarzyło, co zdarza się na wojnie, to zostaną jej dzieci. W każdym z nich jest on. Będzie je kochała tak, jak do tej pory i będzie kochała tak, jak kocha jego. Bała się wyobrazić sobie, jak by to miało wyglądać.
Och, już wie, co mu napisze. Wie także, co mu da. Zajrzała do kosmetyczki i ucieszyła się, że tam są. Małe srebrzyste nożyczki. Wzięła je w prawą rękę, drugą przytrzymała spory kosmyk włosów (z tyłu głowy za lewym uchem) i obcięła go. Włożyła włosy do koperty. Na kartce papieru napisała tylko: „W domu wszystko dobrze, mimo mrozu za oknem, w pokojach jest ciepło, czasami nawet gorąco”. Włożyła kartkę do koperty i zakleiła ją.
Rano wysiadła na dworcu w Gdańsku. Do Wejherowa dojechała podmiejską kolejką. Został jej ostatni odcinek. Niecałe dziesięć kilometrów. Tkwiła na przystanku autobusowym pełna rozpaczy. Jedyny autobus odszedł dwie godziny temu. Nie miała pieniędzy na taksówkę. Mróz prawie trzydziestostopniowy. Spytała o kierunek. Podniosła wyładowaną torbę, wtuliła głowę w ramiona i ruszyła przed siebie.
Szła po ledwo przetartej szosie, na której leżały skawalone bryły śniegu. Po godzinie marszu pomyślała, że powinna zawrócić. Nie przejdzie tylu kilometrów w taki mróz. Jeżeli skręci nogę, jeżeli się potknie, to aż strach pomyśleć, co się może stać. A przecież jest potrzebna. Jemu i dzieciom. Może jednak zawrócić, póki jeszcze nie jest za późno? Chyba nie da rady. Na drodze żadnego samochodu. Nie widać żadnego domu. Wokół zmrożony śnieg. Przeraźliwie pusto. I mróz coraz bardziej siarczysty. Zaczęła się modlić. Na drodze pojawił się traktor. Kierowca sam się zatrzymał. Pomógł jej wejść do środka kabiny. Nie pytając o nic, zawiózł pod samo więzienie.
Wielokrotnie musiała naciskać dzwonek, zanim ktoś podszedł do drzwi. W końcu strażnik odsunął szybkę judasza i zapytał:
– Jest zgoda na widzenie?
Co to znaczy „zgoda na widzenie”? O co ten człowiek pyta! Przyjechała tyle i teraz ta straszna zgoda na widzenie. Boże, ratuj!
– Przyjechałam z daleka – powiedziała po cichu.
Strażnikowi chyba zrobiło się jej żal. Otworzył drzwi i wpuścił do środka. Stała w małym korytarzu. Strażnik wziął jej dowód i zniknął za stalową kratą. Czekała długo. Im dłużej czekała, tym bardziej nabierała pewności, że go zobaczy. Żeby się tylko nie rozbeczała. Musi szybko wyjąć lusterko z torebki i poprawić się. Nie może jej przecież zobaczyć w takim nieładzie. Gdy chciała przypudrować policzki, pojawił się strażnik. Otworzył kratę i powiedział:
– Wejść!
Poderwała torbę z podłogi i poszła za strażnikiem. Wąskim korytarzykiem doszli do szerokiego korytarza. Szli korytarzem poprzedzielanym co jakiś czas solidną kratą. Strażnik otwierał furtki w kracie i tak doszli do końca. Strażnik zatrzymał się przed drzwiami. Otworzył je i wpuścił ją do środka.
Weszła i stanęła. Patrzyła i patrzyła. Po drugiej stronie siedział on. Patrzyła, jak się podnosi. Jak zdziwiony staje za stołem. Torba wyleciała jej z rąk. Podbiegła i nie bacząc na to, że dzieli ich stół, rzuciła mu się na szyję. Objęła mocno i zamiast powiedzieć coś dobrego, coś miłego, wybuchnęła głośnym płaczem. Jak ostatnia idiotka, jak kretynka, jak małe dziecko ryczała i ryczała. Potok łez zalewał jej policzki. Trzymała go z całej siły i szlochała. Tak głośno, że strażnik chyba nie wytrzymał i poszedł sobie. Przeszła na drugą stronę stołu,usiadła obok niego i powoli, powoli, powoli zaczęła się uspokajać. A gdy była w stanie cokolwiek powiedzieć, wyszeptała:
– Tak się cieszę – i znów się rozbeczała. Na szczęście płakała już trochę krócej, a gdy się uspokoiła, powiedziała:
– U dzieci dobrze, u mamy też. Wszyscy cię pozdrawiają.
Gdy chciał coś powiedzieć, nie wiadomo dlaczego ugryzła go mocno w ucho. Syknął z bólu i odruchowo podniósł rękę do bolącego miejsca.
– Żyjesz – powiedziała i ponownie wybuchnęła płaczem. Teraz dopiero te wszystkie myśli, które podszeptywały jej, że może już nigdy go nie zobaczyć, poszły sobie. Teraz dopiero uwierzyła. Otarła oczy i zobaczyła, że nie są sami. W rogu pomieszczenia siedział jakiś cywil i bezceremonialnie im się przyglądał. Poczuła, jak mąż objął ją mocno, jakby chciał ją przed nim zasłonić.
Do celi wszedł strażnik. Popatrzył na nią surowo i powiedział:
– Proszę usiąść po drugiej stronie stołu.
Przytuliła się mocniej do męża i udawała, że nie słyszy.
Strażnik powtórzył z naciskiem:
– Usiąść po drugiej stronie. Taki jest regulamin.
Nie wiedziała, co ma zrobić. Chciała zostać obok niego. Chciała być z nim. Czuła się upokorzona, poniżona i marzyła o tym, żeby tego strażnika piekło pochłonęło. I chciała, żeby jej mężczyzna zachował się tak, jak przystało na człowieka honoru. Żeby spoliczkował strażnika i wyrzucił go za drzwi. Spojrzała na męża i się przestraszyła. Nie widziała go takim wściekłym. Podnosił się, aby zmierzyć się ze strażnikiem. Przestraszyła się i czym prędzej usiadła po drugiej stronie stołu.
Wyciągnęła ręce i czekała, aż weźmie jej dłonie w swoje. Czuła jego ciepło. Patrzyła na jego twarz. Wyszczuplał. W brodzie zauważyła kilka siwych włosów. Przecież dopiero za kilka miesięcy będzie miał trzydzieści lat. Ale oczy. Oczy mu świeciły radośnie. Jego oczy mówiły to, co tak bardzo chciała usłyszeć.
Nie protestowała, kiedy strażnik oznajmił koniec widzenia. Nie protestowała, kiedy musiała wyłożyć wszystko z torby i kiedy strażnik razem z cywilem dotykali każdej rzeczy. Nie pozwolili, aby zostawiła sałatkę jarzynową. Słoik był szklany, a nic nie wolno podawać w szklanych opakowaniach. Poza tym, nie wiadomo, co ta taka sałatka zawiera. Kiedy poprosiła, aby mógł chociaż spróbować, strażnik wskazał stojący na półce blaszany talerz. Był zakurzony. Wyjęła chusteczkę z kieszeni i dokładnie wytarła talerz. Gdy uznała, że jest czysty, wyłożyła sałatkę. Będzie miał czym poczęstować kolegów w ten sylwestrowy wieczór. Spuściła oczy, gdy strażnik otworzył kopertę, w której był pukiel włosów.
I widziała radość, z jaką mąż wziął kopertę. Nie zważając na strażnika i na wszędobylskiego cywila, podszedł do niej, objął mocno i pocałował.
Powrotną podroż miała dobrą. Więzienny samochód jechał do Gdańska. Wysadzili ją przy samym dworcu. Pociąg przeraźliwie pusty. Siedziała sama w przedziale. Mogła się wyspać. Nie zważała na to, że był sylwester, że zaraz zacząć się miał Nowy Rok. Nakryła się płaszczem i prawie natychmiast zasnęła.
Do domu przyjechała uśmiechnięta i zadowolona. Dzieciom powiedziała, że widziała tatę, że tacie urosła broda, że tata... Opowiadała i opowiadała, do późnego wieczora, do późnej nocy. Tata był tak realny, że prawie się o niego obijali.
Wtedy czekali na niego ponad pół roku. Gdy wrócił, było wielkie święto. Tyle radości może dać jeden człowiek. Tak bardzo się cieszyli. Jakby zaczynali życie od nowa. Po tygodniu zaczęła się domyślać, że nie dał za wygraną. Po miesiącu nabrała pewności. On nic nie mówił, ona o nic nie pytała. Przeżyli tak prawie rok. Teraz znowu go nie ma. Już trzeci dzień. Wtedy zawiadomili ją po dwóch tygodniach. Ile teraz ma czekać?
3.
Profos był starym człowiekiem. Od ponad dwudziestu lat sprawował opiekę nad aresztantami. Była to dobra i spokojna praca i jednocześnie dawała Profosowi dużo przyjemności.
Galeria typów, jaka przewinęła się przez ręce Profosa, była imponującą. Profos nie oceniał ludzi kategorią popełnionego przestępstwa. Profos uważał, że każdy człowiek ma w sobie diabła i anioła. Tak mało trzeba, aby stać się tym pierwszym.
Profos wiedział, że tutaj, w areszcie, w którym sprawował niepodzielnie władzę, ludziom opadają maski. Tutaj człowiek naprawdę jest sobą. Albo jest wielki i trzeba chylić przed nim czoła, albo jest małą kreaturą, która dostawszy się w potrzask, skamle i zawodzi.
Przez ponad dwadzieścia lat Profos poznał wielu zacnych ludzi, którzy z niewiadomych przyczyn trafiali pod jego skrzydła. Weźmy chociażby tego znakomitego lekarza. Uznana sława, tak dobrze mu było na świecie, a zamordował swoją żonę. Nie potrafił tego wytłumaczyć. Co innego ci, którzy od dzieciństwa szli do kryminału. Kradzieże, rozboje, zabójstwa. Tych już dawno diabeł przekabacił. Ale ci, którzy w jednej chwili przekreślali swoje życie? Co nimi powodowało? O czym zapomnieli, że zło nimi zawładnęło?
Profosowi przybyła nowa kategoria aresztantów. Starał się być dla nich takim samym troszczącym się ojcem, jak dla innych. Wydawało mu się, że słyszy tajemnicze szepty, ideologiczne dysputy, programy naprawy i wszystkie te bzdury związane z uprawianiem polityki. Zdawał sobie doskonale sprawę ze swoich urojeń, ponieważ na pozór w funkcjonowaniu aresztu nic się nie zmieniło. Wciąż panował tutaj ład i spokój. A jednak już nie było tak jak dawniej.
Profos podniósł słuchawkę telefonu. Porucznik poinformował go, że wysłał kogoś od siebie, aby doprowadził Podejrzanego. Wstał od biurka. Nie był pewny, czy po otwarciu drzwi celi ma przekazać Podejrzanemu, żeby przygotował się do walki. Jak na złość zaczęło przypominać mu się to, co wyprawiał Podejrzany. Te jego opowieści o śmierci, o potrzebie pomocy, o tym, że serce mu odmawia posłuszeństwa.
Gdy tylko się pojawił, zamiast się poskarżyć, że został pobity przez milicjantów, zamiast szukać w Profosie oparcia i pocieszenia, zaczął mówić o tym, że jest chory. I kontynuował swój monolog nawet wtedy, gdy zamknięto go w celi. Takie zachowanie drażniło Profosa. Czuł się tak, jakby ciągle słyszał łoskot Niagary, który nie pasował do tego wspaniałego zakątka ciszy i spokoju, jakim był areszt.
Próbował mu wytłumaczyć, że tutaj obowiązują pewne prawa, które zostały wypracowane przez lata. To przecież oczywiste, że Profos i aresztanci stanowią jedną rodzinę. On jest ojcem. Oni są dziećmi. Karmi ich, wyprowadza na spacer. Daje im spokój i ochronę. Daje im możliwość nabrania sił do walki, do pojedynku, jakim jest przesłuchanie.
Podejrzany niczego nie zrozumiał. W środku nocy zaczął walić w drzwi z taką zaciętością, że to dudnienie wprawiło Profosa w wielkie zakłopotanie. W pierwszej chwili pomyślał, że Podejrzany umiera, i to mogłoby go usprawiedliwić. Ale gdyby umierał, to nie miałby siły uderzać w drzwi. Tak walić może tylko dzika bestia, dla której, nawet gdyby się chciało, nie wolno mieć litości.
Kiedy Profos otworzył drzwi celi, gdy kilkoma uderzeniami miał wytłumaczyć obowiązujące prawa, ujrzał twarz pełną przerażenia. Jakby sto diabłów rzuciło się na Podejrzanego. To sprawiło, że Profos raz jeszcze postąpił wbrew sobie i wstrzymał się od wymierzenia kary.
Podejrzany z trudem mówił, że brakuje mu powietrza, że umiera, że otacza go ciemność. Profos pomyślał, że te skurczybyki z podziemia są tak dobrymi aktorami, że aż się to w głowie nie mieści. Uderzył więc Podejrzanego w środek twarzy. I maska spadła. W oku Podejrzanego zobaczył błysk nienawiści. Zobaczył też ruch ręki, która szykowała się, aby oddać uderzenie. Zobaczył też na jego twarzy walkę.
Oczy i zaciśnięte złowrogo usta chciały zemsty. Zmarszczki na czole i wciągane głęboko nosem powietrze mówiły o tym, aby się uspokoić. Profos wiedział, że nie może czekać, aż Podejrzany zdecyduje się, co ma zrobić. Dla dobra Podejrzanego Profos raz jeszcze uderzył go w twarz. Silniej i mocniej. Zamknął drzwi i poszedł do siebie. Do rana panował spokój.
Profos był przekonany, że odniósł zwycięstwo. Uratował Podejrzanego przed samym sobą. Aż strach pomyśleć, co by było, gdyby Podejrzany uderzył Profosa. Trzy lata więzienia za atak na funkcjonariusza na służbie. Do tego Porucznik dołoży z cztery lub pięć i mamy osiem albo dziewięć lat odsiadki. To już przyzwoity wyrok.
Nie każdy sobie z nim potrafi poradzić. Pal sześć wyrok. Najważniejsze, że Podejrzany przestanie walić w drzwi, najważniejsze, że do aresztu powróci spokój.
Wspaniała, cudowna cisza, którą areszt powoli się wypełniał.
Kolejnej nocy Podejrzany ponownie bił w drzwi. To doprowadziło Profosa do wściekłości. Biegł do drzwi aby powstrzymać szaleńca. Kiedy dotknął dłonią okutych stalową blachą drzwi, kiedy poczuł jej zimno, przestraszył się. Gotów był zabić. Wtedy zrozumiał tych, którzy popełniali zbrodnie w afekcie.
Po godzinie Podejrzany przestał walić w drzwi. Do rana był spokój. I rano, tuż po apelu Profos raz jeszcze postąpił wbrew sobie. Usiadł na wprost Podejrzanego i wytłumaczył mu, że nocne walenie w drzwi nic nie daje. Przeszkadza tylko innym.
W areszcie jest sporo osób. Każda z nich ma prawo do spokojnej nocy. Może właśnie układa plan obrony, a może tak zwyczajnie, chce nabrać sił przed przesłuchaniem. Chcesz coś osiągnąć uderzaniem w drzwi – uderzaj w dzień. Może ci, którzy mają usłyszeć – usłyszą.
Rozmowa ta poskutkowała na tyle, że Podejrzany zmienił taktykę bicia w drzwi. Walił w nie dwa razy dziennie. Raz koło południa. I drugi raz tuż po kolacji. Nigdy więcej nie robił hałasu w nocy.
Na co liczył Podejrzany? Bito go prawie na każdym przesłuchaniu, a mimo to robił swoje. Zależało mu tak bardzo na lekarzu? Raczej nie. Gdyby nie koncentrował się tak na sobie, mógłby dostrzec, że areszt jest miejscem, aby zastanowić się nad swoim życiem. Tu są doskonałe warunki na dokonanie bilansu dobra i zła. Nie należy porównywać aresztu z więzieniem. Tam się przychodzi z wyrokiem. Tu, w areszcie stoi się przed wielką niewiadomą. Tu jeszcze nie jest się osądzonym. To najlepszy czas na rachunek sumienia,
Wczoraj Podejrzanego zbadał lekarz. Dzisiaj Porucznik zabiera go na przesłuchanie. Chociaż zaszedłeś mi za skórę, to jestem z tobą. Muszę w tej nierównej walce stanąć po twojej stronie. Taki jest mój obowiązek. Nie ma niewinnych, są tylko źle przesłuchani. Uważaj, synu. Porucznik to wilk samotnik. To najgorszy z najgorszych drapieżników.
4.
Oceniał swoje szanse i nie wyglądały one najlepiej. Czas działał na jego niekorzyść. Miał go za dużo. Ileż razy można powtarzać to samo? Każdej nocy, każdego ranka przygotowywał się do walki. Ileż tak można trwać w gotowości? Jest tu już dziesięć dni. I ciągle trafia do milicjantów. Chyba niepotrzebnie rozwścieczył ich podczas pierwszego przesłuchania i teraz ma za swoje. A może milicjanci chcą go sami doprowadzić przed sąd? Zapisać sukces po swojej stronie i tym samym utrzeć nosa esbekom. Nie, przecież wiedzą, że nie mogą prowadzić tego śledztwa. To sprawa antysocjalistyczna. Muszą go przekazać esbekom. Musi trafić w ich ręce. A gdy już tam będzie, musi zrobić wszystko, aby trafić do Porucznika.
Dobrze. Raz jeszcze trzeba powtórzyć lekcję. W nocy poczuł się źle i poszedł na pogotowie. Skarżył się na palpitacje serca, na ból pod mostkiem, na duszności. Lekarz przyjął go z obojętnością. Nawet go nie zbadał. Może dlatego, że wcześniej przywieziono kogoś pociętego nożem. Lekarz musiał się trochę napracować, aby tamtego pozszywać. Może nie zbadał go dlatego, że było tuż po trzeciej nad ranem i o tej porze najbardziej chce się spać. Dał mu dwie tabletki, kazał popić wodą i powiedział, aby rano zgłosić się do przychodni.
Wracając z pogotowia, szedł najkrótszą drogą do domu. To przecież nie jego wina, że musiał przejść obok budynku partii. Na murze, na wprost budynku komitetu, zobaczył świeżo namalowaną literę S z kotwicą. Każdy Polak wie, że to znak oporu. W czasie okupacji malowano literę P z kotwicą, która była znakiem Polski Walczącej. Teraz, w czasie stanu wojennego, na murach maluje się literę S.
Tak, może powiedzieć, że ucieszył go ten znak. Widać, że jest duch w narodzie. Nie. Żadnych komentarzy. Po prostu zobaczył literę S z kotwicą. Jak go zapytają, co czuł, to może im powiedzieć, że się ucieszył. Może powiedzieć, że pomyślał sobie, że miasto się nie poddaje. To może mówić. Przecież wiedzą, co robił przed stanem wojennym.
Nagle pojawiło się dwóch milicjantów. Poczuł od nich alkohol. Skuli go, nie pytając o nic. Nie opierał się zbytnio. Poprowadzili go na drugą stronę ulicy. Jeden z nich go popchnął. Poleciał na mur. A na murze dumna litera S wraz kotwicą. Na kurtce został ślad. Przywieźli go na komendę. Bili i chcieli, aby się przyznał. Nie może się przyznać do czegoś, czego nie zrobił.
Jest chory na serce. Jest chory na serce. To musi powtarzać. Co trzecie, co czwarte zdanie. Żąda lekarza. Może jeszcze powiedzieć, że kiedy wrzucili go do celi, nie mógł ruszyć ani ręką, ani nogą. Jest chory. Ma chore serce. Milicjanci przesłuchiwali go codziennie. Chcieli żeby się przyznał. Bili. Raz mocniej, raz słabiej. Bili mimo tego, że powtarzał im, że ma chore serce. To wszystko, co ma do powiedzenia.
Dowiedział się, że umie znosić ból. Nawet nie wiedział, że jest taki odporny. Bili go, a on nie krzyczał. Nie prosił, nie skamlał. To misja, z którą tutaj przyszedł, dodaje mu sił. Każe z pogardą znosić upokorzenia. Zniesie wszystko, aby móc wydać wyrok. Po to tu przyszedł.
Czasami łapał się na tym, że chęć zemsty przesłaniała mu wszystko. Sprawiała, że zapominał o Dorocie, o Marku, o Karolinie. Nie. Przecież nie można wymazać ich z pamięci. Tylko żeby za bardzo za nimi nie tęsknić. Żeby się nie roztkliwiać nad tym, że oni tam, za murem, a on tu, samotny w celi. Żeby tylko sobie za bardzo nie wyobrażać, co robią, czym się zajmują. Nie teraz. Nie przed walką.
Te wszystkie głupie myśli, które się pojawiają tak niespodziewanie, należy uśmiercać w zarodku. Wie przecież doskonale, że czas więzienia to czas zapominania. Nie można żyć w dwóch światach. Musi się oswoić z myślą, że wróci do domu za dwa, trzy lata.
Wie przecież o tym doskonale. Nie może się oszukiwać. Dlatego trzeba zapomnieć o świecie, który zostawił za murami. To, co wokół, jest realne. Ta cela to jego mieszkanie. Ma szczęście, że jest sam. Może się dobrze przygotować.
Tak, tego sobie może pogratulować. To jego walenie w drzwi przyniosło sukces. Pokazał, że można walczyć o swoje prawa, będąc w celi, która znajduje się dwa piętra pod ziemią. Żądał lekarza. Nie prosił, ale żądał. Ma przecież chore serce.
Ostatnie tygodnie to szereg wizyt u kardiologów. To także nocne wizyty na pogotowiu. Jego choroba nie jest zwykłą nerwicą serca. Tego musi się trzymać.
Wczoraj przebadał go lekarz. Zaprowadzono go do pokoju oficera dyżurnego. Lekarz osłuchał, opukał. Widział stojącą na ulicy karetkę. Domyślił się, że wezwano lekarza z pogotowia. Nie zważając na to, że w pokoju znajdują się milicjant i jakiś cywil, powtórzył lekarzowi swój adres. Powiedział, że nie ma pewności, czy rodzina wie, gdzie jest. Lekarz nic na to nie odpowiedział. Natomiast po badaniu zawyrokował:
– Jeżeli chodzi o serce, to nie słyszę tutaj niczego groźnego. Ale tak naprawdę, to trzeba pana przewieźć do szpitala, porobić specjalistyczne badania i dopiero wtedy można powiedzieć cokolwiek o stanie zdrowia.
Stojąc w drzwiach, lekarz zastanawiał się, czy wyjść, czy też zadać jeszcze jedno pytanie. Widać było, jaką walkę stacza w sobie. W końcu powiedział:
– Jest pan poobijany. Na plecach są liczne ślady.
Był zdziwiony odwagą lekarza. Podczas badania zauważył, że lekarz czuje się nieswojo, że najchętniej uciekłby z komendy. Nie wiadomo dlaczego powiedział:
– Potknąłem się i spadłem ze schodów.
Wiedział, że nie ma najmniejszych szans na udowodnienie pobicia. Tak samo jak nie ma szans na to, aby udowodnić milicjantom, że składają fałszywe zeznania.
Usłyszał kroki Profosa. Już po kilku dniach pobytu w areszcie potrafił doskonale orientować się, dokąd Profos zmierza. Po dwóch, trzech krokach postawionych przez Profosa na lśniącej posadce potrafił określić, do której celi się kieruje. Być może Profos miał w sobie coś takiego, co pozwalało mu iść do każdej celi innym rytmem. Gdy szedł do celi numer jeden, która była najbliżej dyżurki, buty Profosa wystukiwały głośny i szybki rytm. Tak jakby chciały przygotować aresztantów z jedynki na przywitanie Profosa. Znacznie wolniej i ciszej szedł Profos do celi na samym końcu korytarza.
Już po pierwszym usłyszanym kroku wiedział, że Profos zmierza do niego. Kiedy klucz zachrobotał w zamku, podniósł głowę i czekał. Powinien stanąć na baczność, ale to nie było w jego stylu. Wystarczy, że wstanie na powitanie gościa.
– Idziemy – powiedział Profos, stając w drzwiach.
Przez chwilę pomyślał, że może Dorocie się udało. Lekarz z pogotowia dał znać i Dorota wywalczyła widzenie. Żeby tylko lekarz nie powiedział jej, że jest poobijany. Po co ma się martwić więcej, niż powinna.
Profos prowadził go korytarzem. Nie był zbyt pewny, ale Profos chyba powiedział:
– Porucznik czeka na ciebie.
Profos otworzył drzwi aresztu. Za drzwiami czekał cywil. Widział go pierwszy raz.
– Idziemy – powiedział cywil.
Szedł za nim. Nie weszli do żadnego z pokoi na parterze. Minęli też pierwsze piętro. Weszli na drugie. Wiedział, że drugie piętro to piętro SB. W końcu prowadzono go tam, gdzie chciał. Za chwilę powinien wejść do pokoju Porucznika.
Po dziesięciu dniach oczekiwania znajdzie się tam, gdzie powinien trafić już pierwszego dnia. Idę do pana, panie Poruczniku. Idę, aby pana osądzić. Idę, aby pana skazać. Niech się pan strzeże.
|