|
Powieść odsłania otchłanną grę, w którą autor wciąga swych bohaterów i samego czytelnika. Pochłaniająca lektura przynosi nieustanne niespodzianki, wydobywa kolejne, coraz głębsze poziomy gry... Stawką staje się prawda – najpierw o ‘stanie wojennym’ lat osiemdziesiątych minionego wieku, głębiej – o dojrzewaniu wolności. W końcu poznajemy sens enigmatycznej ‘Astrachowki’: ze zdumieniem odkrywamy, że to może nowa postać ‘Solidarności’...
Potrzeba chrześcijańskiego przebaczenia przebija z każdej karty tej fascynującej powieści. Bo choć zło naprawdę urzeka (przykładem barwna, wciągająca w swą orbitę postać oficera śledczego) a zemsta staje się ostatnim aktem rozpaczy rozbitego „Solidarnościowego” podziemia (wykonawcą jej czyni autor obywatela, czyli podejrzanego, bo każdy obywatel jest podejrzanym), to jednak umiłowanie wolności w obydwu antagonistach jest silniejsze niż walka. Trudne wybory moralne bohaterów nanizane są na wielowarstwową intrygę obfitującą w niespodzianki i zaskakujące zwroty akcji. Tworzy się pejzaż napięć i emocji niespotykany dotychczas w rodzimej literaturze, a jej rytm wyznacza narzucona przez śledczego hazardowa gra w pokera. I nie jest ważne, że jeden z nich jest katem, zaś drugi ofiarą. Przypadkowy układ kart zda się układać losy całej „straconej” generacji.
„Astrachowkę” przeczytałem dwa razy. Pierwszy raz wieczorem, nocą i następną nocą. Tak bardzo - od niemal pierwszych stron – tchnie jakimś dziwnym niepokojem, jakimś przynagleniem do tego, aby pozostać blisko Podejrzanego, aby być „świadkiem” jego przejścia do wolności. Tak prawie, jakby jego wolność zależała od tego, czy przeczytam całą książkę, czy usłyszę do końca opisaną opowieść. Drugim razem, zabrałem „Astrachowkę” do podróży. Stronica po stronicy, rozdział po rozdziale, „rozdanie po rozdaniu” – znów droga do wolności. Mrok, półmrok, więzienna cela, więzienna rzeczywistość i jedynie oświetlony stół a na nim talia kart. Gra. O kogoś, o życie, o wolność. Diabelska gra, straszna gra, przerażająca gra, gdy trzeba grać o kogoś, o czyjeś życie. Nie chciałbym nigdy tak grać! Nie chciałbym stanąć w obliczu takiej konieczności: grać o kogoś, grać o czyjąś wolność! Ale czy nie jest tak, że w świecie, w którym żyję nie prowadzi się takich gier? To już nie ten system! Tak krzyczy rozum. Czy jednak w tej otaczającej mnie rzeczywistości nikt już o nikogo nie gra? O czyjąś wolność? O czyjeś życie?
Tę powieść czyta się jak intymną epopeję pokolenia „Solidarności”. Widać, że po latach nieważne są szczegóły. Internowanie, uwięzienie, poniżenie i strach stały się tu symbolami losu ludzkiego, a relacja między Podejrzanym i Porucznikiem (oraz innymi postaciami) archetypicznym wzorcem relacji międzyludzkich. Z własnych przeżyć, z materiału autobiograficznego autorowi udało się stworzyć prawie parabolę, atrakcyjną dla czytelnika opowieść, od której trudno się oderwać.
|