Powieść odsłania otchłanną grę, w którą autor wciąga swych bohaterów i samego czytelnika. Pochłaniająca lektura przynosi nieustanne niespodzianki, wydobywa kolejne, coraz głębsze poziomy gry... Stawką staje się prawda – najpierw o ‘stanie wojennym’ lat osiemdziesiątych minionego wieku, głębiej – o dojrzewaniu wolności. W końcu poznajemy sens enigmatycznej ‘Astrachowki’: ze zdumieniem odkrywamy, że to może nowa postać ‘Solidarności’...

Jacek Bolewski SJ




     Potrzeba chrześcijańskiego przebaczenia przebija z każdej karty tej fascynującej powieści. Bo choć zło naprawdę urzeka (przykładem barwna, wciągająca w swą orbitę postać oficera śledczego) a zemsta staje się ostatnim aktem rozpaczy rozbitego „Solidarnościowego” podziemia (wykonawcą jej czyni autor obywatela, czyli podejrzanego, bo każdy obywatel jest podejrzanym), to jednak umiłowanie wolności w obydwu antagonistach jest silniejsze niż walka. Trudne wybory moralne bohaterów nanizane są na wielowarstwową intrygę obfitującą w niespodzianki i zaskakujące zwroty akcji. Tworzy się pejzaż napięć i emocji niespotykany dotychczas w rodzimej literaturze, a jej rytm wyznacza narzucona przez śledczego hazardowa gra w pokera. I nie jest ważne, że jeden z nich jest katem, zaś drugi ofiarą. Przypadkowy układ kart zda się układać losy całej „straconej” generacji.

Wiktor Skrzynecki






     „Astrachowkę” przeczytałem dwa razy. Pierwszy raz wieczorem, nocą i następną nocą. Tak bardzo - od niemal pierwszych stron – tchnie jakimś dziwnym niepokojem, jakimś przynagleniem do tego, aby pozostać blisko Podejrzanego, aby być „świadkiem” jego przejścia do wolności. Tak prawie, jakby jego wolność zależała od tego, czy przeczytam całą książkę, czy usłyszę do końca opisaną opowieść. Drugim razem, zabrałem „Astrachowkę” do podróży. Stronica po stronicy, rozdział po rozdziale, „rozdanie po rozdaniu” – znów droga do wolności. Mrok, półmrok, więzienna cela, więzienna rzeczywistość i jedynie oświetlony stół a na nim talia kart. Gra. O kogoś, o życie, o wolność. Diabelska gra, straszna gra, przerażająca gra, gdy trzeba grać o kogoś, o czyjeś życie. Nie chciałbym nigdy tak grać! Nie chciałbym stanąć w obliczu takiej konieczności: grać o kogoś, grać o czyjąś wolność! Ale czy nie jest tak, że w świecie, w którym żyję nie prowadzi się takich gier? To już nie ten system! Tak krzyczy rozum. Czy jednak w tej otaczającej mnie rzeczywistości nikt już o nikogo nie gra? O czyjąś wolność? O czyjeś życie?
     Mam 32 lata. Niezbyt długie to życie. Jednak doświadczenia, które przeszedłem potwierdzają, że wiele takich gier wokół mnie nieustannie jest prowadzonych. Ja nie znam tamtego systemu. Znam go z opowiadań moich rodziców, z książek, z podręczników, z filmów. Dlatego sądzę, że dla czytelników mojego pokolenia „Astrachowka” oprócz historycznego wymiaru może mieć też wymiar duchowy, symboliczny. Może właśnie bardziej ten wymiar duchowy jest tutaj ważny. Ja kilka razy przegrałem w grze o dobro. Zraniłem kogoś. Ktoś płakał przeze mnie, cierpiał. Wiem też, że ktoś inny podobnie jak ja przegrał w grze o dobro. Zranił mnie. Cierpiałem. Kto więc dzisiaj jeszcze gra? Kto jeszcze przegrywa? A może inni czytelnicy Pana książki też odkryją to, co ja odkryłem, że człowiek dzisiaj bardzo chce ograć o dobro, ale jakoś dziwnie często mu to nie wychodzi. Jakoś dziwnie ciągle przegrywa. Czyja to jest wina? Tego, który rozdaje karty? A kto je rozdaje?
     Panie Mirosławie! Bardzo dziękuję za „Astrachowkę”. Jestem człowiekiem wierzącym, dlatego odnalazłem także w tej książce pewien wymiar duchowy. Odnalazłem w niej pewną znaną prawidłowość, ale może potrzeba było ponownie o niej przeczytać, żeby ją lepiej zrozumieć: Pamięci nie da się „wyszorować”, ale jestem wolny. Bóg pomaga mi każdego dnia wygrywać! Jeśli przegrywam, to daje mi siły do następnej gry, do następnej walki. A jeśli o Nim zapominam, to mam przy sobie kogoś, kto obdarował mnie miłością. Mam blisko siebie kogoś, kto będzie mnie kochał bez względu na to czy przegram, czy będę zwycięzcą. To moja kochana żona daje mi właśnie wiele sił do zmagania się z codziennością, do gry o dobro. Taki też jest dla mnie sens tego, co opisał Pan w „Astrachowce”: miłość daje siłę, aby wygrywać dobro, nie tracić wiary, łamać więzienne kraty, być prawdziwie wolnym.

Grzegorz Skałka





     Tę powieść czyta się jak intymną epopeję pokolenia „Solidarności”. Widać, że po latach nieważne są szczegóły. Internowanie, uwięzienie, poniżenie i strach stały się tu symbolami losu ludzkiego, a relacja między Podejrzanym i Porucznikiem (oraz innymi postaciami) archetypicznym wzorcem relacji międzyludzkich. Z własnych przeżyć, z materiału autobiograficznego autorowi udało się stworzyć prawie parabolę, atrakcyjną dla czytelnika opowieść, od której trudno się oderwać.
    I ta uniwersalność powieści wpisuje się w coś bliskiego i doraźnego. Po pierwsze, bardzo dolnośląskiego i świdnickiego, jeżeli chodzi o realia, a po drugie – dziwnie aktualnego w czasach fermentu społecznego wywołanego pojawieniem się „listy Wildsteina”. Mamy tu spojrzenie artysty na tak drażliwy obecnie problem współpracowania-niewspółpracowania z systemem oraz cienkiej nieraz granicy między nimi. „Astrachowka” obok warstwy moralnej i psychologicznej, obok ciekawej i wciągającej fabuły, ma również walor, który nazwałbym „lustracyjnym”. Oto przykład pisarza, który w sensie literackim zlustrował się sam, tworząc przy okazji niezłą książkę, mającą w sobie urok i siłę zdolną poruszyć czytelnika i może nawet zmienić jego spojrzenie na wiele spraw.

Karol Maliszewski