Kariatyda i Malutek - fragmenty
ROZDZIAŁ I
1 Podobno nadzieja umiera ostatnia. Umarła, gdy karetka zatrzymała się na podjeździe szarego monstrualnego budynku. Marta ociągała się z wyjściem. Wnętrze samochodu ratunkowego okazało się bezpieczną przystanią, której nie chciała opuszczać. Malutek też czuł się tu dobrze. Spał nieprzerwanie od kilku godzin kołysany jednostajnym ruchem jadącego pojazdu. Nie czuł, jak w matce stopniowo narasta niepokój, gorący, lepki, wypełniający każdą najmniejszą przestrzeń jej wnętrza. Bało się jej ciało – wilgotne ręce i pachy, rozdygotane nogi, rozpalone policzki. Bał się jej umysł. Nigdy wcześniej nie była zdana tylko na siebie. Karetka zaraz będzie wracała – pomyślała – jeśli nie wysiądę, wrócę do domu. – Jesteśmy na miejscu – powiedziała lekarka i energicznie wysiadła z samochodu. Pielęgniarz wyjął Malutka z łóżeczka do przewożenia dzieci i podał go Marcie, a sam sięgnął po jej bagaże. – Pomogę pani wnieść wszystko do środka – rzekł miękkim głosem i uśmiechnął się, próbując dodać jej otuchy. Najwidoczniej dostrzegł w szeroko otwartych oczach Marty strach. Ruszył przodem. Jego szerokie plecy nie były w stanie przysłonić ogromu budynku, który potężniał i wzrastał w miarę, jak zbliżali się do wejścia. W takim dużym szpitalu musi się mieścić dużo chorób i nieszczęść, i łez, i rozpaczy. Niewyobrażalnie dużo. A ona jest zupełnie sama. Z Malutkiem na rękach. Nie obroni się przed lawiną rozpaczy, która na pewno zaleje ją zaraz po przekroczeniu progu. Przepadną tu oboje. Zgubią się na zawsze w którymś z bezkresnych korytarzy. I nikt ich nigdy nie odnajdzie. Nie zauważyła, kiedy znalazła się w izbie przyjęć. Pielęgniarz oddał plik dokumentów rejestratorce, uścisnął ramię Marty i ruszył w stronę wyjścia. Wahadłowe drzwi wprawiły powietrze w wyczuwalne drganie. Nie na tyle jednak silne, by osuszyło łzy, które nabiegły Marcie do oczu. Jeszcze nigdy nie była tak przerażona. Przeszukała wszystkie zakamarki umysłu, by znaleźć choć jedną pokrzepiającą myśl. Z rozpaczą stwierdziła, że to, co zgromadziła w głowie przez dwadzieścia dziewięć lat, jest zupełnie nieprzydatne. Automatycznie wykonywała polecenia lekarki, która nagle pojawiła się w izbie przyjęć. Odpowiadała drżącymi monosylabami na zadawane jej pytania. Dlaczego została tu skierowana? Jak to, dlaczego? Przecież jej dziecko jest chore. Wszystko zostało ze szczegółami opisane przez lekarzy, którzy do tej pory zajmowali się Malutkiem i wypełnili skierowanie. Lekarka po raz drugi przekartkowała dokumenty wyjęte z szarej koperty. Jej twarz wciąż wyrażała niezrozumienie dla obecności małego pacjenta w tym miejscu. – To zwyczajne porażenie mózgowe, tak? – zapytała, nie podnosząc wzroku znad papierów. Marta nie zrozumiała. „Zwyczajne porażenie mózgowe”? Zwyczajna może być kromka chleba ze smalcem lub błyskawica podczas burzy, ale nie porażenie uniemożliwiające jej dziecku ssanie mleka matki, połykanie śliny i głośny płacz, gdy czuje się samotne! Z trudem zebrała się w sobie. – Mój syn nie ma odruchu ssania. Nie potrafi połykać. Do tej pory w szpitalu karmiony był przez sondę, w domu łyżeczką lub kieliszkiem. Ale to nie wystarcza. Nie przybiera na wadze tak, jak powinien. Jest zbyt słaby, by można go było poddać koniecznej rehabilitacji. Ale słyszy, co się do niego mówi, widzi, co się wokół niego dzieje i poznaje ludzi, których zna. Chciałabym, by był zdrowy. Powiedziała to drżącym głosem, ale na jednym wydechu. Nagle się wystraszyła, że jeśli czegoś nie wyartykułuje wystarczająco dobitnie, lekarka włoży dokumenty do koperty i odeśle ją i jej syna z powrotem do domu. Teraz nie ma już odwrotu. Teraz chce walczyć o miejsce w tym szpitalu, choć tak bardzo odbiegał od jej wyobrażeń. Spodziewała się, że spotka tu lekarza, który znajdzie dla niej czas zrozumienie. Takiemu doktorowi o łagodnym spojrzeniu opowiedziałaby, że wiadomość o ciąży wprawiła ją w stan radosnego uniesienia. Zaraz kupiła malutkie bielusieńkie buciki, zapakowała w srebrną folię ozdobną i z niecierpliwością odliczała dni do urodzin męża. To był jej prezent. Wiedziała, że piękniejszego nie mógł się spodziewać. Był zakłopotany, ale szczęśliwy. Razem przekazali dobrą nowinę rodzicom. Kolejne miesiące dodawały jej nie tylko kilogramów, ale przede wszystkim urody. Z uniesieniem doświadczała cudu wzrastania w niej nowego życia. Tak kruchego jeszcze, maleńkiego i bezbronnego jak sama miłość. Kiedy nocą jako ostatnia kładła się do łóżka, dwukrotnie sprawdzała, czy dobrze zamknęła sypialnię, w której spał już mąż. Bała się, że szczęście, które stworzyli, ucieknie przez niedomknięte drzwi. Ale teraz miała przed sobą zniecierpliwioną lekarkę, a nie dobrodusznego doktora. Stała przed nią ze spuszczoną głową i mocno bijącym sercem, trzymając Malutka na rękach. 2 Gdy Malutek zasnął w łóżeczku z metalowymi szczebelkami, Marta rozejrzała się wokoło. Trafiła wraz z synem do jednoosobowej klitki bez okna. Przeszklona ściana oddzielała ich salę od  dużego, jasnego pomieszczenia pełnego ludzi, którzy robili strasznie dużo hałasu. Marta starała się wyodrębnić poszczególne postacie. Po prawej stronie pod ścianą stało łóżeczko, w którym na wznak spał kilkuletni chłopiec w granatowo – białej pidżamie w szerokie pasy. Pomyślała, że takie smutne i nieładne pidżamy produkuje się tylko z myślą o pacjentach szpitali. Nikt zdrowy i szczęśliwy nie kładłby się spać w takiej z obawy, że spłoszy pastelowe sny. W głębi sali pod oknem stało prawdopodobnie kolejne łóżko. Zasłaniał je tłum ludzi, którzy rozmawiali podniesionymi głosami, śmiali się, gestykulowali i kręcili niespokojnie. Po chwili rozstąpili się jak Morze Czerwone przed Mojżeszem i Marta zobaczyła rachityczną dziewczynkę w krótkiej koszulce. Podtrzymywana przez dwóch mężczyzn stąpała niepewnie na nogach cienkich jak patyczki. Kobieta siedząca na krzesełku przy łóżku nie kryła wzruszenia, patrząc na posuwającą się z dużym trudem dziewczynkę i nie zwracała uwagi na dwóch kilkulatków, którzy przy stoliku z zacięciem przelewali pomarańczowy sok z kubka do kubka. Bez wątpienia chłopcy byli spokrewnieni z chudą dziewczynką, gdyż cała trójka odznaczała się nienaturalnie bladą cerą i niesfornymi rudymi włosami sterczącymi na wszystkie strony. Trzecie łóżko zajmował duży chłopiec, który leżał bezwładnie z zamkniętymi oczami. Wyglądał jak ulany z wosku, jego rysy były niewyraźne, a twarz napuchnięta. Miał wystrzyżone włosy, a na szczycie głowy białą siatkę przypominającą do złudzenia takie, w których sprzedawane są cytryny. Porównanie to zawstydziło Martę. Odwróciła wzrok od postaci za szybą i spojrzała na Malutka. Leżał z otwartymi oczami, nie wykazując najmniejszego zainteresowania nowym otoczeniem. Wyglądał na zmęczonego. Marta wyjęła go z łóżeczka i przytuliła. Czuła jego ciepło. Przymknęła oczy z lubością. Spokój synka dodawał jej otuchy. Półgłosem zrelacjonowała mu ostatnie wydarzenia. Patrzył na nią ufnie i słuchał. W drzwiach stanęła pielęgniarka z dokumentem potwierdzającymi przyjęcie Malutka na oddział neurologii. – Na jego podstawie otrzyma pani miejsce w hotelu – wyjaśniła i wyszła. Marta nie ruszyła się z miejsca. Patrzyła tępo na kartkę, podsycając złudną nadzieję, że wszystko samo się załatwi. Nie miała żadnej wiary w to, że sobie tutaj poradzi. Nawet nie pamiętała, na którym piętrze się znajduje. A teraz musi zostawić syna, zjechać na dół, poszukać hotelu, licząc na to, że znajdzie się w nim jedno wolne miejsce. Nie podoła temu wszystkiemu. Jej strach narastał. Bała się już nie tylko o życie Malutka, ale również o to, że nie stanie na wysokości zadania i okaże się niezaradnym tchórzem. Nagle poczuła na sobie czyjś wzrok. Podniosła głowę. W drzwiach klitki w asyście dwóch mężczyzn stała na trzęsących się nóżkach ruda dziewczynka z szerokim uśmiechem na twarzy. – Cześć. Jestem Estera – powiedziała niewyraźnie, ale bardzo powoli, dzięki czemu Marta zrozumiała przywitanie. – Witaj. Mam na imię Marta. – Jesteś mamą tego dzidziusia? – zapytała, z ciekawością patrząc na Malutka. – Tak. – Gdy zacznę chodzić, będę was odwiedzać. – Uśmiechnęła się i odwróciła w stronę swojej sali. Mężczyźni asekurowali każdy jej niepewny krok. Podążając za nimi wzrokiem, Marta zauważyła kobietę siedzącą przy łóżku dużego chłopca. Wcześniej jej nie dostrzegła. Pomyślała, że nie jest tu sama, wszyscy ci dorośli i ich chore dzieci łączy z nią ten sam los. Pierwszego dnia pobytu tutaj musieli czuć podobny lęk, który ją teraz paraliżuje. Jeśli udało im się go przezwyciężyć, to i ona da sobie z nim radę. 3 Sędziwa recepcjonistka w szylkretowych niemodnych okularach poruszała się w zwolnionym tempie i już po kilku minutach wprawiła Martę w zniecierpliwienie. Minęły wieki, zanim skompletowała dokumenty, na podstawie których zaczęła wypełniać formularz meldunkowy. Przerywała co jakiś czas kaligrafowanie i sięgała po szklankę z kawą. Marta tymczasem nerwowo stukała palcem po blacie recepcji i przestępowała z nogi na nogę. Wiedziała, że nie starczy jej tupetu, by zwrócić kobiecie uwagę i poprosić o pośpiech. Cierpiała katusze na myśl, że Malutek leży sam w mrocznej klitce, a towarzystwa dotrzymuje mu tylko strach zrodzony z niepewności, czy mama wróci. Wrócę, synku – pomyślała z silnym przekonaniem, że żarliwość tego zapewnienia dotrze do maleńkiego serca jej dziecka i odpędzi niepokój. – Wrócę. Gdy otrzymała klucz do pokoju, szybko ruszyła korytarzem w kierunku wskazanym przez recepcjonistkę. Ciężka torba spowalniała jej marsz, ale nie ruch myśli, które uparcie przypominały jej, że nie należy do osób przebojowych, a tchórzliwe i nieśmiałe giną w wielkim świecie. A wielki szpital to namiastka wielkiego świata. Nie ma tutaj miejsca dla słabych. Pokój hotelowy przywołał wspomnienia z wakacji. Niewielkie pomieszczenie z dwoma łóżkami wzdłuż ścian, pod oknem stolik i krzesła, a po obu stronach drzwi ukryte we wnękach wąskie szafy. W identycznym mieszkała przez trzy tygodnie wraz z Honoratą na swoich pierwszych koloniach. Marta uśmiechnęła się na myśl o koleżance, której wciąż przytrafiały się zabawne historie. Gdy w dniu przyjazdu otworzyła walizkę, okazało się, że wszystko w niej jest bielusieńkie. Z pękniętej torebki wysypał się proszek do prania i dotarł do każdego zakamarka. Pobyt na kolonii rozpoczęły więc od wielkiego prania. Zrobiły to tradycyjnie, w wannie, choć Honorkę kusiło, by wlać do walizki wiaderko wody, zamknąć i porzucać nią po pokoju. A potem było tylko śmieszniej. Wspomnienia przerwał ruch przy drzwiach. Stanęła w nich młoda dziewczyna. – A, dzień dobry – powiedziała z uśmiechem i wyciągnęła rękę w geście powitania. – Hania. – Dzień dobry. Marta. – Rozpakuj się spokojnie, nie będę ci przeszkadzać. Wpadłam tylko na chwilę, zapomniałam rano zegarka, a źle się bez niego czuję. – Rozejrzała się po pokoju. Znalazła zegarek pod poduszką, założyła go na rękę i skierowała się do wyjścia. Marta chciała zatrzymać ją, by porozmawiać, nawiązać choć jedną znajomość, dzięki której czułaby się mniej samotna na tej obcej ziemi. Ale znów niezdecydowanie wzięło górę. Zanim zdążyła się odezwać, współlokatorka zamknęła za sobą drzwi. 4 Kiedy wjechała na dziesiąte piętro, ku swemu zaskoczeniu bez trudu odnalazła właściwy korytarz i salę. Malutka nie było w łóżeczku. Zaniepokojona rozejrzała się bezradnie wokół. Za plecami usłyszała głos: – Pielęgniarki zabrały dziecko do wkłucia. Marta zadrżała i automatycznie zaczęła nasłuchiwać płaczu synka. Niewprawna pielęgniarka nie wkłuje się za pierwszym razem w cienkie żyłki, które z powodu zgrubień poczynionych wcześniejszymi wejściami, przypominały koraliki. Będzie próbowała kilka razy w różnych miejscach, mnożąc cierpienia Malutka. Cała nadzieja w tym, że malec trafi w ręce dobrej pielęgniarki. Marta spojrzała na stojącą w drzwiach filigranową kobietkę, szukając u niej potwierdzenia, że Malutkowi nie dzieje się żadna krzywda. – Kalina. A tam leży mój syn Mateusz – odezwała się kobieta i wyciągnęła rękę na przywitanie. Uśmiechnęła się krzepiąco, widząc zdenerwowanie Marty. – Gdybyś potrzebowała pomocy, proś. Początki bywają niełatwe. Chodź do nas, przedstawię ci pozostałych na sali – zaproponowała . Mówiła szybko i zdecydowanie, dzięki czemu Marta nie miała czasu na zawahanie. – To Mateusz. – Kalina stanęła przy łóżku i szturchnęła chłopca w bok. – Mati, otwórz oczy, przywitaj się – zwróciła się do syna, który jednak nie zareagował. – Wciąż śpi, strasznie trudno go dobudzić i utrzymać dłużej w stanie czuwania. – Odwróciła się. – A to jest Esterka i jej mama Małgosia. Bracia i tatuś przed chwilą nas pożegnali, a my już za nimi tęsknimy, bo dzięki nim jest wesoło. Bliźniaki codziennie powiększają listę drobnych przewinień. Wczoraj poobgryzali główki z siarką z całego pudełeczka zapałek, a dzisiaj zalali wszystko wokół sokiem marchewkowym. Ale są przy tym tak zabawni, że trudno się na nich gniewać. Prawda, dziewczyny? Estera cichuteńko chichotała, a Małgosia przytakiwała, udając zmartwienie. Marta zyskała pewność, że Kalina jest dobrym duchem tej sali. Miała niewiele wzrostu, ale mnóstwo wewnętrznej radości i energii tyle, że zastanawiające było, gdzie ją w sobie mieści. Podeszła do trzeciego łóżka. – To Staś. Ofiara własnych rodziców. Kalina przerwała, widząc za szybą ruch w klitce. Marta podążyła za jej spojrzeniem i w mgnieniu oka znalazła się przy Malutku. Miał zapłakane oczy i koszulkę poplamioną krwią. Odebrała małego z rąk pielęgniarki i przytuliła do siebie. Czuła, że był przestraszony i cierpiał, choć znosił to nad podziw dzielnie. Jakby rozumiał, że przypadł mu w udziale wyjątkowo trudny los, któremu musi się poddać, by go znieść. Pielęgniarka zostawiła na stoliku kilka pampersów i butelkę z mlekiem oraz kieliszek. Marta rozejrzała się po klitce, szukając sposobu na karmienie synka. Potrzebowała dwóch krzeseł. Na jednym siadała sama, na drugim opierała stopy. Na nogach przodem do siebie układała Malutka i po jednym łyczku z kieliszka wlewała do jego ust mleko. To nie było proste. Tym bardziej tutaj. W klitce znajdowało się tylko jedno krzesło, a podczas nieobecności Marty pielęgniarka przyniosła ssak, który zajmował jedną czwartą powierzchni pomieszczenia. Usiadła na krześle, oparła nogi o łóżeczko, usadowiła Malutka przed sobą i zajęła się karmieniem. W drzwiach stanęła Kalina i bez słowa przyglądała się tej scenie. Nie była pewna, czy nie przeszkadza. Marta zauważyła jej wahanie. Skinęła głową zachęcająco, bo towarzystwo dodawało jej otuchy. – Wyjdzie z tego – powiedziała po chwili Kalina. – Jeszcze będzie palce obgryzał i pyskował. Dopiero wieczorem Marta uświadomiła sobie, że od przyjazdu nic nie jadła. Kanapki przygotowane rano w domu i termos z kawą zostawiła w hotelu. Należało też zadzwonić do rodziców. – Dlaczego tak późno? – zapytała z wyrzutem mama. – Niepokoiliśmy się, a ty wyłączyłaś komórkę. – Miałam i nadal mam urwanie głowy. Nie opuszczałam Malutka, leży sam w brzydkiej, małej sali. Spodziewałam się, że przyjdzie jakiś lekarz, dlatego nie ruszałam się z miejsca. Ale żaden nie przyszedł. Może jutro rano? – mówiła coraz mniej pewnie. – Jestem zmęczona, za chwilę idę do hotelu. Może jutro? Jutro na pewno czegoś się dowiem? – Głos jej się załamał, ale ukryła to przed mamą. Wstydziła się przyznać, że zjada ją strach, że czuje się tutaj zupełnie zagubiona, że ma wątpliwości, czy przyjazd był dobrym pomysłem. Może należało zostać w domu, na miejscu znaleźć najlepszą fundację zajmującą się rehabilitacją dzieci niepełnosprawnych i przyjąć do wiadomości, że Malutek jest uszkodzony? Gdy po raz pierwszy usłyszała ten zwrot, zastygła z przerażenia i gniewu. Długo się buntowała, zanim zrozumiała, że to tylko określenie, jedno z wielu. Tylko słowo. Zresztą trafnie oddawało istotę tego, co stało się Malutkowi. Jego mózg był przecież uszkodzony. Gdzieś tam mikroskopijne gałązki odpowiedzialne za przenoszenie informacji zostały poprzerywane. Może bezpowrotnie? Z zamyślenia wyrwał ją łagodny głos: – Córciu, wszystko będzie dobrze. Dacie sobie radę. – Na pewno. Dobranoc mamo. Zadzwonię jutro. Schowała telefon. Z trudem opanowała wzruszenie. Tak bardzo chciała znaleźć się teraz w domu. W bezpiecznej przestrzeni sypialni, pod kołdrą. W łóżeczku obok śpi Malutek, a dźwięki dobiegające z łazienki są dowodem obecności Tomka. Zwyczajność, do której nagle zatęskniła, wydała się jej bliska doskonałości? Przez szklaną ścianę widziała, że Kalina i Małgosia szykowały się do wyjścia. Starsze dzieci już spały, Malutek leżał z oczami szeroko otwartymi, spokojny, choć w piersiach słychać było bulgot. Marta włączyła ssak. Jego obsługa nie sprawiała jej trudności – bardzo podobny miała w domu. Założyła cewnik i dokładnie wyssała wydzielinę, która zalegała w ustach i nosku syna. Pogłaskała małą główkę. Malutek wyraźnie odpływał w krainę snu. Jej myśl pobiegła w kierunku nieba. – Czuwaj nad nim, proszę – szepnęła bezgłośnie, nie wiedząc, czy kieruje swoją prośbę do Matki różniącej się od niej tylko tym, że potrafiącej czynić cuda, czy do złotowłosego Anioła Stróża z wielkimi pierzastymi skrzydłami, czy do samego Boga. 5 Dobrze że były. Kalina i Małgosia. Czekały na korytarzu i wspólnie ruszyły w kierunku wind. Dopiero teraz Marta zauważyła innych rodziców obecnych na oddziale. Szybko policzyła drzwi prowadzące z korytarza do kolejnych sal – jedenaścioro. A to tylko jedno skrzydło oddziału. W drugim drugie tyle. A pod nimi dziewięć pięter innych oddziałów, innych schorzeń, ale takich samych małych pacjentów i tak samo zatroskanych rodziców. Zjechały na niski parter i Marta spostrzegła, że między szpitalem a budynkami hotelowymi jest podziemne przejście. Wędrowały za Kaliną korytarzem, który raz się rozszerzał, raz zwężał, to znów rozwidlał, umożliwiając dojście do kilku osobnych budynków skupionych wokół szpitalnego. Jarzeniówki wiszące pod niskim stropem rozświetlały jedynie główną część korytarza. Zaułki kryły się w niepokojącym półmroku. Myśl, że mogłaby znaleźć się tu zupełnie sama, wywołała nieprzyjemne mrowienie na plecach. Skupiła się na zapamiętaniu drogi, jednak za którymś z kolejnych zakrętów straciła nadzieję, że jej się to uda. Ich mnogość przyprawiła ją o zawrót głowy. Kalina tymczasem objaśniała: – Zakupy spożywcze robimy poza szpitalem, w sklepiku naprzeciwko. W holu na parterze jest kiosk z gazetami i drobiazgami, bankomat, telefon oraz kaplica. Obiady jemy na stołówce na pierwszym piętrze. – Mieszkam tu od tygodnia i nadal się gubię –  rozbrajająco rzekła Małgosia. – Ze mną nie zginiesz – uśmiechnęła się Kalina. – To miejsce nie ma już przede mną żadnych tajemnic. Wydeptałam własną ścieżkę między szpitalem a hotelem. Jesteśmy tu z Mateuszem trzeci raz. – Głos jej zawisł pod niskim sklepieniem korytarza. Dalsza droga przebiegała w milczeniu. Marta chciała wiedzieć, co dolega dzieciom koleżanek, ale nie miała śmiałości, by zapytać. Będzie na to czas. Przy recepcji kobiety pożegnały się i rozeszły. W pokoju nie zastała Hani. Usiadła ciężko na łóżku. Sądziła, że to będzie idealny moment, by się rozpłakać i wraz ze łzami wylać całą rozpacz mijającego dnia. Ale teraz było w niej więcej nadziei niż lęku. Przetrwała. Jest tutaj, Malutek ma dobrą opiekę. Nie czas na płacz. Otworzyła laptopa i zajrzała do poczty. Spodziewała się co najmniej trzech listów od męża z pretensjami, że nie otrzymał do tej pory żadnych wiadomości o Malutku. Rozczarowała się, widząc w skrzynce same śmieci. Ani śladu listu od Tomka. Napisała mu więc kilka szybkich zdań o tym, co się wydarzyło w ciągu dnia i wyłączyła komputer. Sięgnęła po kanapki i termos. Jedząc, rozpakowywała rzeczy swoje i Malutka. Jedne układała w szafie, drugie na kupce, którą zamierzała zabrać rano na oddział. Zanim skończyła, drzwi skrzypnęły. – Dobry wieczór. Marta podniosła głowę znad łóżka, na którym piętrzyły się ubrania. W przedpokoju stała Hania. Była bardzo ładną, szczupłą i niewysoką dziewczyną. Miała nieskazitelną cerę, okrągłe oczy w ciemnej oprawie rzęs i lśniące brązowe włosy spięte w kucyk. Usiadła na swoim łóżku i spojrzała na Martę. – Mam dość. Normalnie dość. To nie był dla mnie dobry dzień i czas, by się skończył. Przepraszam cię. Wyciągnęła spod poduszki koszulę nocną, przebrała się niespeszona obecnością współlokatorki, położyła i zamknęła oczy. Marta poczuła się niezręcznie. Bezradnie spojrzała na zabałaganione łóżko, rozbebeszoną torbę, zaczętą kanapkę na stole. – Nie będzie ci przeszkadzało zapalone światło? Nie zdążyłam się jeszcze rozpakować. – Spokojnie. Możesz grać na trąbce i wyć do księżyca, jestem tak zmęczona, że zasnęłabym na środku stadionu podczas olimpiady. Marta pospiesznie uprzątnęła łóżko, wrzucając chaotycznie resztę rzeczy do szafy. Przebrała się, umyła tylko zęby, zgasiła światło i położyła. W ciemności zauważyła niewyraźny ruch po przeciwnej stronie pokoju, a po chwili dosłyszała dźwięk stukających o siebie koralików. Bezwiednie wyciszyła oddech, by nie przeszkadzać Hani. Zawstydziła się, bo zamierzała zasnąć bez modlitwy. świadomie. Nie wiedziała, jak Bóg zareaguje, gdy zarzuci go samymi prośbami. Tyle ich w sobie miała – żeby tu wytrwała, żeby trafiła na dobrych ludzi, żeby Malutek został zdiagnozowany, żeby znalazł się sposób na przywrócenie mu zdrowia. Dużo gorzej było z podziękowaniami. Jak dziękować za chore dziecko? Za malutką klitkę w ogromnym szpitalu? Za niepewność jutra? Za brak wiary we własne możliwości? Pewnie są tacy, którzy potrafią – Marta spojrzała z podziwem w stronę łóżka współlokatorki – ale nie ona. Nie mogła zasnąć. Kiedy zamykała oczy, widziała spowitą w ciemnościach klitkę i Malutka nasłuchującego zupełnie nowych dźwięków otoczenia – pochrapywania Mateusza, płaczu dzieci, którym przyśniło się coś strasznego, szelestu spódnicy pielęgniarki kręcącej się po oddziale. Kiedyś się do nich przyzwyczai, ale dzisiaj na pewno się boi. Szczebelki łóżeczka nie stanowią wystarczającej ochrony przed samotnością. Śpij, malutki, śpij – pomyślała i pogłaskała czule główkę synka. Wie, że jestem niedaleko – uspokoiła się i odwróciła na drugi bok. Dlaczego Tomek się nie odezwał? Niemożliwe, żeby los syna przestał go interesować tak nagle, z dnia na dzień. Zapomniał, że to dzisiaj? Przypomniał sobie zbyt późno, by zadzwonić? Sen nadal wałęsał się gdzieś po antypodach. Powsiburek. Jaki pan, taki kram – pomyślała. – Skoro moje myśli błądzą po świecie, to trudno oczekiwać, by mój sen stawił się gdzie należy i na czas. Ważne, by Malutek śnił teraz swój własny, pełen przygód i niespodzianek.
|