|
PROLOG
Z ciemności wyrosła, wykluła się biała plamka. Biel była zdecydowanie
czymś więcej niż białą kropką na czarnej płaszczyźnie. Puszysta, mleczna,
zwiewna, niemalże przezroczysta kuleczka ciągle się powiększająca.
Nieustające białe drgnienia, pulsujące niteczki, oplecione drobinkami
czerni. Szybkość, zwiewność, delikatność i to światło, które raz po raz
oświetlało fragmenty śliskiej, ostrej czerni, najwyraźniej gotującej się
do wessania tej zwiewnej, delikatnej puszystości, która tak niespodziewanie
pojawiła się w jej krainie.
ROZDZIAŁ I
1.
Człowiek powoli otwierał oczy. Resztki snu były w nim jeszcze, gdy wstał i poczłapał w kierunku toalety. W korytarzu zauważył otwarte drzwi od pokoju syna. Pokój był pusty. Syn nie wrócił. Pomyślał, że po powrocie z Wrocławia poszedł do dziewczyny i został na noc. Dziewczyna nie ma telefonu. Syn za godzinę, za dwie powinien wrócić. To była senna myśl. Myśl, która mówiła: nie przejmuj się, wszystko jest w porządku, Michał zaraz wróci, a ty kładź się spać, bo co - do choroby - lepszego można robić w niedzielę o wpół do szóstej rano.
Rozsądek i strach zaczęły jednak przedzierać się przez śpiący umysł. Krzyczały coraz głośniej, że coś tu nie jest w porządku, że przecież w ponaddwudziestodwuletnim życiu Michała nigdy nic podobnego się nie zdarzyło.
Nie chciał budzić żony. Delikatnie przymknął drzwi w swoim pokoju. Usiadł na skraju wersalki. Myśli używały sobie w najlepsze, przedstawiając coraz to nowe obrazy. Starał się zachować spokój, starał się nie poddawać emocjom. Było to coraz trudniejsze. Umysł już się obudził. A to nie oznaczało nic dobrego.
Obiecywał sobie, że gdy syn tylko wróci, tak go opieprzy, jak jeszcze nigdy w życiu, bo przecież to się w głowie nie mieści, aby tak postępować. Ale dlaczego ma go opieprzać? To przecież niepodobne do niego. Michał dzwonił, nawet gdy miał się spóźnić o piętnaście minut. Coś musiało się stać.
Człowiek na pidżamę naciągnął sweter, spodnie. Diana już stała przy drzwiach wyjściowych i przeciągała się tak, jak to mają w zwyczaju owczarki niemieckie po przebudzeniu. Nałożył kurtkę, czapkę. Delikatnie, aby nie budzić Elżbiety, otworzył drzwi. Za drzwiami zasznurował buty i nałożył Dianie smycz.
Pies był przyzwyczajony do długich spacerów. Człowiek tymczasem kręcił się nerwowo przed domem. Dwadzieścia kroków w jedną stronę, dwadzieścia w drugą. Tak, aby cały czas być jak najbliżej drzwi wejściowych. Tak, aby zauważyć Michała, gdy będzie wracał do domu. Ciemno. Zimno. Niepotrzebnie wychodził. Przecież z Dianą można wyjść nawet i o ósmej. Mógł jeszcze spać. Jak tu spać, gdy nie ma Michała.
Kiedy człowiek porządnie zmarzł, wrócił do mieszkania. Nie rozbierając się, podszedł do telefonu, zadzwonił na pogotowie. Nie było żadnego wypadku. Chwila uspokojenia. Nie na długo. Michał mógł nie wrócić z Wrocławia. Wypadek mógł się wydarzyć we Wrocławiu. Trzeba tam zadzwonić. Nie! Gdyby coś się stało, to Michał miał przy sobie dokumenty. Legitymację studencką nosił zawsze w kieszonce koszuli, dowód w kieszeni kurtki lub marynarki.
Żona zajrzała do pokoju męża.
- Michał nie wrócił - powiedziała zaniepokojona.
- Wiem, dzwoniłem na pogotowie. Nie było żadnego wypadku.
Elżbieta zaczęła krzątać się po kuchni. Człowiek spojrzał na zegarek. Dochodziła siódma. Normalnie spałby co najmniej do dziewiątej, a tak nie pozostaje nic innego, jak zadzwonić do kolegi Michała. O tej porze chyba można już dzwonić.
Po rozmowie niepokój znacznie wzrósł. Jedyne logiczne
i sensowne rozwiązanie przestało istnieć. Rozsypało się jak domek z kart. Człowiek łudził się, że po powrocie z Wrocławia Michał wstąpił do dziewczyny. Chyba ostatnio nie układało im się najlepiej. Wczoraj pogodzili się. Wpadli sobie w ramiona. W takiej chwili trudno biec do automatu, by powiedzieć, że się wróci dopiero na śniadanie. Kolega zdecydowanie odrzucił jednak możliwość nocowania u dziewczyny. Nie ma logicznego wytłumaczenia nieobecności Michała.
Elżbieta zjawiła się ze śniadaniem. Gotowana kiełbasa, chleb z masłem, herbata. Obok kiełbasy duża plama czerwonego keczupu. W tej dużej plamie keczupu zawarło się całe zdenerwowanie Elżbiety. Michał lubi wręcz zanurzać kiełbasę w keczupie. Człowiekowi natomiast wystarcza zaledwie kilka kropel. Elżbieta nigdy się nie myliła w tak fundamentalnych sprawach.
Człowiek zadzwonił na policję. Dyżurny oficer zapytał:
- To ten szachista?
- Tak - potwierdził człowiek.
- Niech się pan nie denerwuje. Z pewnością gra w szachy.
- Wie pan, to do niego niepodobne, dlatego zadzwoniłem.
- Jeszcze za wcześnie, żeby się martwić.
- Za wcześnie, żeby się martwić - powtórzył człowiek żonie, która szykowała się do wyjścia do kościoła.
Kolega przyszedł razem z dziewczyną Michała. Dziewczyna powiedziała, że Michał mógł pojechać do Krakowa. Tam ma bardzo dobrego kolegę i zaprzyjaźnioną rodzinę, która go chętnie przyjmuje u siebie.
Oczywiście, że Kamil i jego rodzice w każdej chwili gotowi byli przyjąć Michała. Kamil cenił pracę z Michałem. Tylko że to jest niemożliwe, by wyjechał z domu bez słowa pożegnania.
Człowiek patrzył na dziewczynę, która przez trzy ostatnie miesiące spędzała niemalże każdy wieczór z Michałem. Ze zdziwieniem zobaczył, że ta dziewczyna w ogóle nie zna jego syna. Wczoraj rano Michał wyjechał do Wrocławia, aby zdobyć kolejne zaliczenie. Następnie miałby pojechać do Krakowa? To przecież bzdura. To niepodobne do Michała. Tak się przecież nie postępuje. On nie mógłby czegoś takiego zrobić.
Michał czasami wracał z uczelni ostatnim autobusem i był wtedy w domu przed północą. Jest już dziesiąta rano. Zawsze dzwonił i uprzedzał o najmniejszym spóźnieniu. Coś musiało się stać.
Dziewczyna z kolegą obiecali, że przejdą się po znajomych. Jeżeli czegoś się dowiedzą, dadzą znać.
Człowiek został sam.
Coraz bardziej czuł się bezradny. Każda z wymyślonych na siłę wersji nie pasowała do Michała. Michał to poukładany facet. Systematyczny, czasami aż do przesady. Potrafił na pół roku
z góry zaplanować trening i go zrealizować. Chociaż, ostatnio... Ta dziewczyna. Wybiła go z rytmu. Coraz późniejsze powroty do domu, coraz więcej czasu na rozrywkę, na lodowisko, na kino, klub. Może w takim razie nie należy się tak denerwować? Może Michał wymyślił coś głupiego? Może się upił, albo cholera wie co?
Dzisiaj jest niedziela. Nawet podczas mistrzostw Polski pamiętał o tym, by iść do kościoła. Kiedy partia rozgrywana była w niedzielę, Michał w dużo lepszej pozycji zaproponował remis tylko dlatego, że chciał zdążyć na wieczorną mszę. Może Michał jest w kościele. Zaraz wróci razem z Elżbietą. Nie, to niemożliwe. Tyle razy już mógł zadzwonić, tyle razy już mógł dać znać. Jeżeli się nie pojawił do tej pory, to coś się musiało stać.
Zadzwonił telefon.
Idąc do aparatu, człowiek nie przypuszczał, że już za chwilę wszystko się wywróci, wszystko się rozpierzchnie, że zaokienne słońce, świecące beztrosko w ciepły lutowy dzień, zniknie w głębokiej czeluści żalu, smutku, niedowierzania, bólu, rozpaczy i beznadziejnie głupiej nadziei, która będzie buntowała się aż do obłędu przeciwko temu, co się zdarzyło.
Człowiek nie wiedział, że tę rozmowę będzie analizował dziesiątki razy, próbując znaleźć w niej jakiś sens, jakieś ukryte dno. Nie wiedział też, że to wszystko zostanie w nim na zawsze, że to będzie tuż za zamknięciem powiek, że wystarczy byle drgnienie wiatru, aby pamięć przywoływała obrazy powodujące ból i cierpienie.
Człowiek podniósł słuchawkę i usłyszał głos oficera policji:
- Dzwonię do pana, bo pan do mnie wcześniej dzwonił.
- Tak - potwierdził człowiek.
- Pański syn nie żyje.
- O, Boże!
- Prawdopodobnie popełnił samobójstwo. Ciało znaleziono pod wieżowcem. Przyjedzie do pana ktoś od nas - powiedział policjant i odłożył słuchawkę.
Człowiek słyszał jej trzask, mimo to trzymał przy uchu swoją słuchawkę, licząc na to, że policjant za chwilę powie, że to pomyłka, że bardzo przeprasza, że przecież wiadomo, że w niedzielę się nie umiera, że nie można w niedzielę tuż przed jedenastą powiedzieć komuś, że jego syn nie żyje.
Człowiek nasłuchiwał, lecz z każdą chwilą coraz trudniej mu to szło, ponieważ płacz przemienił się w szloch, ponieważ drżał cały, trząsł się. Ostatnim wysiłkiem woli, najstaranniej, jak mógł, położył słuchawkę telefonu na widełki, tak aby go nie zablokować, gdyż lada chwila policjant zadzwoni i wszystko odwoła.
Musi odwołać, bo przecież wystarczy wejść tylko do pokoju Michała. Tu wszystko czeka na jego powrót. Nikt tutaj niczego nie ruszał. Wszystko jest tak jak wczoraj. Ponad dwieście książek szachowych, a w tym tacy szachiści, jak Allechin, Najdorf, Fischer, Kasparow, Karpow. Opracowania na temat partii sycylijskiej, partii królewsko-indyjskiej. Jest zegar szachowy, są dwie szachownice, komputer z bazą danych i takimi opracowaniami debiutowymi, że niejeden z arcymistrzów mógłby pozazdrościć. Jest kilka wydań Biblii, w tym jedno po rosyjsku (aby lepiej poznać język najlepszych szachistów świata). Boże, to wszystko jest. Są klapki, jest kamień z napisem "Jezus", który Michał przywiózł
z rekolekcji. Książki do matematyki (tylko pasjonaci studiują dzisiaj matematykę) i notatki dotyczące liczb pierwszych. Kogo dzisiaj obchodzą liczby pierwsze? Kto dokończy tę pracę? Przecież to niemożliwe, aby to wszystko było już niepotrzebne, bezużyteczne, do wyrzucenia, do zapomnienia.
Co oznacza, że Michał nie żyje? To, że nie będzie wesela, że pora na pogrzeb. To znaczy, że już nie doświadczy ciepłych promieni słońca. A tak warto żyć. Chociażby dla tej chwili. Wystawić twarz na słońce. Zamknąć oczy, a wtedy czerwień zacznie pulsować pod powiekami. Tylko dać jej czas. Tak dużo jeszcze drgnień do odkrycia.
Swetry, skarpetki czekają na Michała. Puchary na półkach chcą mu przypomnieć o sukcesach. Chcą się ogrzać jego sławą. Turniej we Francji i to czwarte miejsce w mistrzostwach Polski. W jednej z szafek kilka półek z kasetami: Bach, Mozart, Chopin
i współczesne kapele. Człowiek zauważył wystającą spod rzędu kaset kartkę. Gdyby to było samobójstwo, musiał zostawić pożegnalny list. Musiałby je zaplanować, tak jak partię szachów. Ruch po ruchu. Żadnych desperackich kroków. Musiałby uzasadnić swoją decyzję. Musiałby logicznie wytłumaczyć, że śmierć jest lepsza od życia, które dawało mu tak wiele perspektyw.
To niemożliwe, by ta kartka była pożegnalnym listem. Człowiek trzymał zgięty kawałek papieru w ręku. Zastanawiał się. Nigdy nie przeglądał korespondencji syna. Po chwili wahania zdecydował się i rozłożył kartkę. Ładne, staranne pismo, duże litery stawiane ze spokojem. To nie pismo Michała. Michał pisał szybko, szeroko, z rozmachem, nie przywiązując wagi do wyglądu liter. Człowiek czym prędzej złożył kartkę i wsunął ją na to samo miejsce.
Stał w pokoju syna. Słońce wpadało przez okno, a za oknem - jak gdyby nic się nie stało. Nikt nie płakał, nikt nie rozpaczał. Ludzie sennie poruszali się po chodniku. Nikt się nie spieszył, nikt nie biegł, nikt nie krzyczał. A w nim wszystko się buntowało, wszystko szalało, wszystko rozpaczało, bo dopiero teraz uzmysłowił sobie, że już nigdy nie zobaczy swojego syna, że nie porozmawia z nim, że już nigdy nie zagra z nim w szachy, że już nigdy nie pójdzie z nim na długi spacer, nie zobaczy go podczas partii szachów, że już nigdy...
Człowiek płakał i patrzył w słońce, próbując szukać w nim ratunku. A słońce świeciło ostro i mocno, jakby zapomniało, że już rozprawiło się z lutowym śniegiem, że uśmierciło go na zawsze, że nie musi tak bezlitośnie penetrować zakamarków, w których dawno nie ma śniegu.
To też w człowieku zostanie na całe życie. Rylec wyżłobił w jego pamięci specjalne miejsce. Najczulsze ze wszystkich. Nawet nie trzeba przymykać oczu. Czasami wystarczy gest, czyjś uśmiech, zupełnie przypadkowe spojrzenie, aby wszystko odżyło.
Żona właśnie wróciła z kościoła. Stojąc jeszcze w drzwiach, spytała o Michała.
- Nie żyje - powiedział człowiek.
- Żartujesz - powiedziała z trwogą Elżbieta.
>
- Nie! Nie żartuję! - krzyknął z rozpaczą człowiek.
Elżbieta usiadła na brzegu wersalki. W granatowym płaszczu z kołnierzem ze sztucznego lisa, w butach, siedziała skamieniała. Jak posąg, jak głaz, całkowicie bez ruchu, bez najmniejszego drgnienia, z wyrazem ogromnego bólu na twarzy, z zamkniętymi powiekami, spod których biegły dwie strużki martwych łez.
Dzwonek do drzwi. Może Michał? Policjant się tłumaczy. Macha nerwowo policyjną legitymacją. Przykro mu.
Policjant mówi, że był na dachu. Trudno się przecisnąć przez właz, co najwyżej pojedynczo można tam wejść. Jemu to przyszło z wysiłkiem. Jak na razie trudno mówić o działaniu osób trzecich. Teraz trzeba poczekać na sekcję. Może sekcja coś wykaże. Trzeba też ustalić, co robił, jaki przebieg miały ostatnie godziny życia. Jak dotąd, wszystko wskazuje, że to samobójstwo.
Człowiek nie miał siły na żadną reakcję. Ten, kto chociaż trochę znał Michała, wiedziałby, że samobójstwo nie wchodzi w rachubę. Człowiek chciał to powiedzieć, ale nie mógł. Coś zimnego pojawiło się w jego gardle - kamień, który utknął. Nic nie można z nim zrobić. Trzeba cierpliwie czekać, aż się rozpuści. Człowiek chciał powiedzieć policjantowi, żeby już sobie poszedł. Chciał powiedzieć, że nie może uwierzyć w śmierć syna, a tym bardziej nie może uwierzyć w samobójstwo.
Tymczasem policjant wypytywał o adresy kolegów, o adres dziewczyny. Na szczęście Elżbieta nie straciła jeszcze przytomności i mogła odpowiadać na te pytania. Elżbieta od lat czuwała nad wysyłaniem kartek na imieniny, urodziny, święta, rocznice ślubów. Nie zdarzyło się, aby ktokolwiek z tak dużej rodziny został przez nią pominięty. Niech tu przykładem będzie kuzyn Albert, któremu Elżbieta przez prawie trzydzieści lat wysyła kartki na urodziny, imieniny i święta, a od którego nie otrzymali ani jednej. Dlatego teraz Elżbieta mogła przez łzy dyktować policjantowi potrzebne dane, które policjant zapisywał w małym kalendarzyku tak niewyraźnie, że człowiek wątpił, aby kiedykolwiek ktokolwiek mógł to odczytać.
To sen. To tylko sen. To nic, że trwa tak długo. Ciało Michała jest w prosektorium. Ale zaraz się obudzimy i nikomu nie opowiemy tych bzdur, które nam się śniły. Bo po co kogoś straszyć takim koszmarem.
Elżbieta stwierdziła, że podłogi są brudne, i w niedzielę wzięła się do mycia. Szmata, miska, podłoga. I tak w jednym rytmie. Na kolanach, w niedzielę, a przecież wczoraj, w sobotę, było generalne sprzątanie. Szmata, miska, podłoga. Pokój za pokojem, korytarz, łazienka i tylko pokój Michała został nietknięty.
Gdy Elżbieta skończyła zmywanie podłóg, wzięła się do prasowania. Stanęła bezradnie przed szafą z rzeczami Michała. Człowiek domyślił się, że trzeba przygotować ubranie, w którym Michał zostanie pochowany. Wybrał zielonkawą marynarkę, czarne spodnie i jasnobeżową koszulę. Tak Michał był ubrany podczas mistrzostw Polski, tak szedł na bal, aby odebrać nagrodę dla najpopularniejszego sportowca miasta. W tej marynarce i w tych spodniach będzie pochowany.
Tyle spraw do załatwienia. Miejsce na cmentarzu. Trzeba wybrać trumnę. Zawiadomić rodzinę. Jeżeli ktoś zadzwoni do Michała, to należy uprzejmie powiedzieć, że Michał nie żyje. Ot tak, umarł sobie. Po prostu nie żyje. Po prostu już go nie ma.
To tylko sen. Najgłupszy z najgłupszych. Zaraz się obudzi. Trzeba wybrać jeszcze krawat. Ten popielaty będzie dobry, Michał go lubił. Trzeba jeszcze wyczyścić buty. Czyszcząc buty, zobaczył, że jedno ze sznurowadeł jest przerwane. Michał zawiązał je na supeł i jakoś chodził. Zastanawiał się, czy wymienić to sznurowadło na nowe. Gdy już się zdecydował, żal mu się zrobiło tego starego. Wszystko, co zostało wykonane przez Michała, ma teraz podwójną wartość. Gdzie tam podwójną - jest ponad wartością. To sznurowadło Michała, on je zawiązywał, to jego but. To wszystko jest Michała, jest jego, i basta. Nikt tu bez zgody Michała nawet głupiego sznurowadła nie zmieni.
2.
W przedpokoju zostawili zapaloną żarówkę. Leżeli przytuleni do siebie. Skuleni, strwożeni. Strach w Elżbiecie. Strach
w nim. Teraz śmierć dopadła ich z całej siły. Szydziła z nich, naigrywała się z ich cierpienia. Nawet zegar, który zawsze głośno tykał, teraz zamilkł i w wielkiej ciszy przesuwał wskazówki.
Śmierć zwyciężyła człowieka. Już przestał nasłuchiwać. Jeszcze przed chwilą każdy szmer za drzwiami - to była możliwość powrotu Michała. Teraz już nie. Teraz człowiek uwierzył. Wczoraj o tej porze Michał jeszcze żył, a dzisiaj już go nie ma. Po prostu umarł. Tak najzwyczajniej, jak się umiera. Bęc, i już. Spadł z wieżowca. Co się czuje, lecąc w dół? Ile to trwało? Wieżowiec ma dziesięć pięter i jedno przeznaczone na suszarnię, pralnię. Gdzieś tak ze trzydzieści metrów. Michał ważył trochę ponad sześćdziesiąt kilogramów. Do tego jeszcze kurtka, sweter, buty. Ile sekund spadał? Michał takie zadanie obliczyłby od razu. Potrafił mnożyć i dzielić w pamięci do setek tysięcy. Takie zadanka dla niego to drobiazg. Michał nie żyje. Człowiek nie potrafił rozwiązać tego zadania. Kilka sekund? Więcej chyba nie. Wtedy właśnie, gdy miał świadomość nieuchronnej śmierci, o czym wtedy myślał?
Bał się? Wzywał Boga na pomoc? Przeklinał? Odmawiał Zdrowaś Maryjo? Coraz bliżej ziemi. Tuż przed samym zderzeniem. Ostanie myśli. Nadzieja, że uda mu się przeżyć? Strach i nic więcej. Żal tego, co było przed nim? A przed nim było całe życie. Co można wiedzieć o życiu, gdy ma się dwadzieścia i dwa lata?
I tak na okrągło. I tak przez całą noc. Ostatnie sekundy życia. Ponowna wędrówka na dach i ponowny upadek. I jeszcze raz, i jeszcze raz. Aż przyszedł świt i zlitował się nad człowiekiem, pozwalając mu zasnąć.
3.
Człowiek stał w pomieszczeniu, w którym prężyły się trumny. Wypacykowane, polakierowane, lśniące i matowe, z falbankami i bez, ze złotymi klamkami i z czarnymi okuciami. Proste i wykwintne. Tanie i drogie. Którą wybrać? Trumna ma być zamknięta. Ci, którzy przyjdą na pogrzeb, niech pamiętają Michała żywego. Po co im martwe ciało. Niech będzie ta prosta, sosnowa. Michał był skromnym facetem i nigdy nie lubił przepychu. Tak, ta sosnowa będzie dobra. Tak, wieniec od rodziny. Czy włożyć małą wiązankę do trumny? Nie! Raczej kilka dobrych książek szachowych. Michał dobrze rozgrywał debiut, ale czasami miał kłopoty z grą środkową. Nie zawsze potrafił zrealizować wygraną pozycję. Przydałyby mu się książki na tę ostatnią podróż.
Człowiek, gdyby wiedział, że nikt tego nie zauważy, włożyłby pod poduszkę kilka ulubionych książek Michała. Nie, po co kwiaty w trumnie. Ale koniecznie musi być ten mały różaniec. Michał się z nim nie rozstawał. Nosił go zawsze przy sobie. Powinien mieć w kieszeni spodni. Musi odszukać go w jego rzeczach.
Trzeba ubranie zawieźć do prosektorium. Trzeba iść na policję. Trzeba iść do prokuratury. Trzeba uzgodnić treść na klepsydrach. A rodzina, która przyjedzie na pogrzeb? Trzeba ich nakarmić, trzeba ich położyć spać. Trzeba załatwić jeszcze tyle spraw. I nie ma czasu zastanowić się nad tym, gdzie jest teraz Michał.
- Czym jest śmierć?
To pytanie przyszło zaraz po otwarciu oczu. To pytanie dało nadzieję. Wyciągnęło na chwilę człowieka z pieczary cierpienia. Dobijało się przez cały dzień. Upominało się o odpowiedź u lekarza, który wypisywał zaświadczenie o zgonie. Upominało się w biurze, do którego trzeba było przyjść, aby powiedzieć, że syn umarł, i niech sobie teraz radzą, jak mogą, ponieważ człowiek nie nadaje się do niczego.
- Gdzie jest teraz Michał?
Gdzieś tu musi być. Michał to bardzo dobry syn. Chce się jakoś skontaktować. Chce dać znać o swoim istnieniu. On chce mówić, ale człowiek nie ma czasu go słuchać, bo musi pójść ze świadectwem wypisanym przez lekarza do urzędu. Do tego samego urzędu, do którego ponad dwadzieścia lat temu z taką radością zanosił świadectwo narodzin Michała. Te same schody. Te same małe pokoiki. I ta barierka, która oddziela petenta od urzędnika.
Trzeba oddać dowód osobisty Michała. A pani starannie wytnie z dowodu jego zdjęcie i wraz ze zdjęciem poda akt zgonu. I Michał tu, na ziemi, zostanie raz na zawsze wypisany z rejestru żywych i wpisany do rejestru zmarłych.
Z aktem zgonu do księdza. Do księdza pójdzie Elżbieta. Ale Elżbiecie trzeba ten dokument dostarczyć. Dokument, który mówi, że ukochany syn odszedł z tego świata do świata zmarłych. Okrągłe pieczęcie i zamaszyste podpisy nie mówią, w jaki sposób skontaktować się za światem zmarłych.
Jeżeli on tam w jakiś sposób żyje, to nie ma mowy o świecie zmarłych. Istnieje tylko świat żywych i żywych. O tym człowiek chciał pomyśleć i nad tym się zastanowić, a tu taki zgiełk. Taki pośpiech, jakby wieczność miała uciec.
Późnym popołudniem, gdy Elżbieta poszła na mszę, człowiek w końcu został sam. Nagle nastąpiła cisza. Nagle zrozumiał, że niezależnie od tego, gdzie jest teraz Michał, jest jego ojcem i nikt go nie zwolnił z opieki nad synem.
Człowiek dopiero teraz pojął całą swoją marność. Ma prawie pięćdziesiąt lat, a nie wie, gdzie jest teraz Michał. Nie wie, jak mu pomóc. Boże! No właśnie, czy Bóg istnieje?
- Nie wiem - odpowiedział człowiek głośno - nie wiem, czy Bóg istnieje. Nie wiem, gdzie jest teraz Michał. Nie wiem, jak mam się z nim skontaktować. Nie wiem, jak mu pomóc. Bardzo mi go żal. Ile mógłby jeszcze doświadczyć. Jak dużo było przed nim.
Michał, tak bardzo chcę ci pomóc. Ale nie wiem jak. Nic nie wiem na temat przejścia do tamtego świata. Gdzieś tu musisz być. Na pewno chcesz mi dać jakoś znać, ale skoro jesteś dopiero jeden dzień w tej innej krainie, to może jeszcze się nie nauczyłeś. Może nie wolno?
Michał, tak mi przykro, że nie wiem, jak ci pomóc. Nie wiem, co mam robić. Nie mogę przecież tak bezczynnie siedzieć na krześle postawionym na środku pokoju.
Michał, ciągle jestem twoim ojcem. Śmierć nas nie rozłączy. A teraz znowu mnie to dopadło. W jaki sposób umarłeś? Rozmawiałem dzisiaj z prokuratorem. Taki młody szczawik. Co on może wiedzieć o życiu? Bardziej realny jest ten facet z policji. Chce ustalić prawdę. Tak mnie to męczy. Dlaczego ma dla mnie znaczenie to, w jaki sposób umarłeś? Przecież nie ma różnicy między samobójstwem a zapaleniem płuc. I to choroba, i tamto choroba. Tak trudno mi zrozumieć. Co się wydarzyło na tym dachu? Ktoś cię musiał najwyraźniej zepchnąć.
Michał, teraz mi się przypomniało, że sposób odejścia nie ma żadnego znaczenia. Tak kiedyś powiedział ktoś mądry. Sposób śmierci nie ma żadnego znaczenia. Po śmierci powinieneś spotkać jasność. Światło - miłość - wszechogarniającą dobroć - wspaniałość. I żeby się nie odradzać, trzeba się z tym światłem zjednoczyć.
Michał, ta moja szczątkowa wiedza na temat śmierci to wiedza buddyjska. Jak wiesz, kiedyś interesowałem się buddyzmem. Narodziny - śmierć - narodziny. Nieustający kołowrotek aż do chwili osiągnięcia wyzwolenia. Jedność, całość. Powinienem prosić buddów i bodhisattwów o pomoc dla ciebie. Ale ty jeszcze na dwa dni przed śmiercią na porannej mszy przyjmowałeś Pana Jezusa.
Człowiek zamilkł. Nie wiedział, czy istnieje osobne niebo dla buddystów, osobne dla katolików, protestantów, muzułmanów. Czy istnieje jedna prawda? Czy też wiele prawd? Co się dzieje z człowiekiem po śmierci? Michał już wie. Już jest na drugim brzegu.
- Michał, jak ci pomóc?
Człowiek siedział w ciemności. Jak ostatni głupek, jak palant, jak dureń, jak idiota. Umarł mu syn, a on nie wie, gdzie jest teraz jego ukochane dziecko. Ma tyle lat i nie wie. Tyle życia zmarnotrawił. Elżbieta jest w kościele, modli się, z pewnością prosi Boga o łaskę dla Michała, o powodzenie na tej nowej drodze życia. A on siedzi i nic nie wie.
Człowiek chciał uciszyć swoje myśli, chciał wsłuchać się w ciszę i usłyszeć głos, który mu powie, co ma robić. Może się nad nim zlituje i powie. Michał to dobry syn. Zawsze, gdy się go o coś poprosiło lub kazało zrobić - zrobił. Czemu więc teraz Michał milczy?
- Michał, daj znać. Daj znać, że mnie słyszysz.
Elżbieta otworzyła drzwi do pokoju. Zobaczyła męża siedzącego w ciemności na krześle.
- Odważny jesteś - powiedziała.
Nie słyszał, jak weszła do domu. Powinien usłyszeć otwieranie drzwi wejściowych, kroki w korytarzu, wieszanie płaszcza. Kiedyś z chlubą powiedziałby, że dobrze mu się siedziało, tak dobrze, że zniknął zaokienny świat, tak dobrze, że chociaż na chwilę uciszył swój umysł. Teraz natomiast powiedział ze skruchą:
- Gdybym był odważny, wiedziałbym, gdzie jest teraz Michał.
Elżbieta pragnęła najwyraźniej powiedzieć coś bardzo
ważnego. Widać było, jak się z tym zmaga. Poddała się jednak i zapytała:
- Co chcesz na kolację?
4.
To też jest w jego pamięci. Zostanie w nim aż do ostatniego dnia życia. Nawet nie trzeba zamykać oczu. Nawet nie trzeba delikatnego podmuchu wiatru. Po prostu jest. Człowiek wysiada z samochodu. Bierze żonę pod rękę i przeprowadza ją przez bramę cmentarza. Za nimi córka z mężem i synkiem. Wnuczek nie chodzi jeszcze do szkoły. Szybko powinien zapomnieć.
Człowiek zauważa na ciemnoniebieskim płaszczu żony kilka białych nitek. Chce je strzepnąć, lecz w głębi cmentarnej alejki zauważa grupkę młodych szachistów, kolegów Michała z klubu. Ręka zawisła w powietrzu. Człowiek się zastanawia, czy można na cmentarzu, na pół godziny przed pogrzebem syna, strzepnąć tych kilka białych niteczek z płaszcza żony. Rozważa i rozważa. Ktoś się człowiekowi kłania, a on rozważa. Zbliżają się do cmentarnej kaplicy, a człowiek zastanawia się, czy strzepnąć te cholerne nitki, czy też nie. W końcu strzepuje, nie zważając na to, że jemu i żonie przygląda się coraz więcej osób.
Gdy weszli do kaplicy, gdy usiedli na wąskich ławkach, człowiek starał się nie odrywać oczu od tabliczki umieszczonej na trumnie. Imię, nazwisko, wiek. I nic więcej. A gdzie jego całe życie? Przecież życie Michała było takie pełne. Nagle mu się przypomniało, jak Elżbieta na jedno z widzeń podczas internowania wzięła z sobą Michała. Miał wtedy cztery lata, nie więcej. Elżbieta dlatego ciągnęła Michała tyle kilometrów, że nie była pewna, czy dostanie widzenie. Widok małego dziecka miał skruszyć serca strażników. Gdy posadzono ich po obu stronach stołu, Michał czmychnął pod stół i już po chwili gramolił się na jego kolana. Strażnik patrzył i nic nie mówił. Całe widzenie Michał przesiedział na ojcowskich kolanach, a gdy się skończyło, Michał trzymał się kurczowo nogi ojca i nie chciał się ruszyć. Pamięta, z jakim trudem musiał odrywać jego ręce ze swoich kolan. Był dumny, że malec jest taki silny. Pamięta, jak mu wtedy żal było, że musi rozstać się z synem. Pamięta, że robił wszystko, aby nie płakać, aby tamtym nie pokazać, jak mu jest cholernie ciężko, żeby wiedzieli, że jak ma się tak wspaniałego syna, to można przetrwać najgorsze odosobnienie. A teraz nie ma już Michała. Ani tego małego, ani tego średniego, ani tego dużego. I jak tu nie płakać?
Kaplica zapełniała się. Człowiek, gdyby mógł, zamknąłby kaplicę. Ksiądz, Michał, najbliższa rodzina. I nikt więcej. Nie ma nic bardziej intymnego niż pożegnanie swojego syna. Na kilka godzin przed pogrzebem człowiek pochylał się nad trumną, która stała w małym pomieszczeniu w prosektorium. Michał uczesany, koszula, krawat, marynarka, spodnie i buty i nawet tego supła na sznurowadle nie było widać. Wszystko w należytym porządku. Jakby sfrunął z tego wieżowca. Tylko końce palców nabrzmiałe, takie nienaturalne, takie zsiniałe, z zastygłą czarną krwią pod paznokciami. Gdyby nie one, trudno byłoby stwierdzić, że to ktoś, kto już od kilku dni nie żyje.
Człowiek chciał spokojnie pożegnać się z synem. Chciał go przytulić, pocałować. Chciał mu powiedzieć, jak bardzo go kocha. Tymczasem w rogu pomieszczenia stali pracownicy prosektorium, którzy zaraz mieli zamknąć trumnę i zawieźć ją na cmentarz. Czekali, aż człowiek pozwoli na zamknięcie trumny. A człowiek najchętniej wyrzuciłby wszystkich z pomieszczenia, położyłby się obok Michała i czekał na swoją śmierć lub na zmartwychwstanie syna. Niech Bóg wybiera. Niech bierze jego, starego i da życie młodemu. Niech będzie sprawiedliwie.
Trwali w bezruchu. Czekała żona, czekała córka. Coś drgało w powietrzu. Coś iskrzyło. Nawet Józef, który od przeszło dwudziestu lat pracował w prosektorium, który ubrał i włożył do trumny kilka tysięcy nieboszczyków, patrzył oniemiały, bo oto w tej scenie pożegnania ojca i syna coś pulsowało, coś się rodziło. Jakaś tajemnica, której on nie rozumiał. A przecież już od ponad pięciu lat Józef nie musiał pić. Dla Józefa nieboszczyk to normalka. To nawet mniej niż bułka z masłem. Już go nie rajcowało, już go nie pobudzało. Przy Józefie nawet ksiądz mięknął. Nie tak dawno stary proboszcz płakał na pogrzebie swojego przyjaciela. A Józefa to już od dawna nie brało. I teraz, niech to jasna cholera, Józefowi serce zakołatało tak, jakby lada chwila miało się wyrwać i poszybować nie wiadomo gdzie.
Ta chwila się rozciągała, pęczniała, gęstniała. Wszystko się skondensowało w tej właśnie chwili: ludzie, budynek, sąsiedni szpital, gwar ulicy, miasto, kraj, wszechświat. To wszystko w tej jednej chwili, która powalała swym ciężarem. A ojciec wciąż patrzył na swojego syna. W końcu pochylił głowę nad trumną, pocałował Michała, objął go najmocniej, jak tylko mógł. Poprawił mu poduszkę pod głową raz, drugi i odszedł od trumny.
Człowiek nagle zapomniał, co robi w tej kaplicy. Jakiś pogrzeb. Przecież tak bardzo nie lubi pogrzebów. Ukradkiem zaczął się rozglądać. Kilku arcymistrzów z aktualnym mistrzem Polski na czele. Kilku dobrych mistrzów międzynarodowych. Jest Kamil. Jak on wyrósł. Najzdolniejszy polski junior. Może za kilka lat będzie mistrzem świata. Musi ostro pracować. Skąd tutaj tylu szachistów? Nagły ból. To przecież Michał umarł. To jego pogrzeb. Przyszli go pożegnać. I wszystko od początku, jakby się właśnie po raz pierwszy o tym dowiedział. Ogromny ból, ogromny żal. I tak co chwilę. Aż do zmęczenia. Aż do obłędu. Aż do wielkich łez, których już nie był w stanie powstrzymać.
Jest ksiądz, jest organista. Zaczyna się msza. Człowiek chłonie słowa księdza. Wydaje mu się, że w kaplicy nie ma nikogo, że ksiądz mówi tylko do niego. Jest Bóg. Jeżeli jest Bóg, to jest nadzieja. Jeszcze kiedyś człowiek pójdzie ze swoim synem na długi spacer. Jeszcze zagrają w szachy. Michał jak zwykle będzie miał jedną minutę na wszystkie posunięcia. Człowiek może mieć pięć, może mieć nawet więcej minut. Oczywiście, będzie się starał ze wszystkich sił wygrać. Ale ma bardzo nikłą szansę na wygraną, ponieważ Michał to bardzo dobry szachista.
Buch, buch! Buch, buch! Buch, buch! Potężne dudnienie. Ulewny deszcz. Wali i uderza z całej siły w blaszany dach cmentarnej kaplicy. Buch! Buch! Skąd w połowie lutego tak wielka ulewa? To niebo się rozpłakało, patrząc na to ogromne nieszczęście.
Ulewa, jak się nagle pojawiła, tak nagle znikła, i ksiądz dał znak do wyprowadzenia trumny. Końcówka. Ostatnie piętnaście minut. Teraz trzeba wykonywać najlepsze ruchy. Teraz można stracić olbrzymią przewagę. Dorobek całej partii można przekreślić jednym głupim posunięciem. Ruszył kondukt. Ostatnie sto metrów. Może nawet mniej. Tłum. Skąd tu tyle ludzi? Koledzy z klasy, koledzy ze studiów. Nauczyciele. Cały cmentarz ludzi.
- Michał, nawet nie wiedziałem, że masz aż tylu przyjaciół.
Boże, jeżeli to coś oznacza, to popatrz, Boże, na tych ludzi. Popatrz, ilu Michał miał przyjaciół. Boże, zapisz to po jego dobrej stronie.
Człowiek chciał się modlić. Najchętniej ukląkłby i wołał z całej siły do Pana Boga. Wołałby, lecz musiał podtrzymywać żonę. Musiał udawać, że jest dzielny, że mężnie to znosi. Już ostatnie chwile.
- Życzę ci, synu, dobrych partii - powiedział człowiek przez łzy i patrzył, jak trumna znika w grobie. Już wszystko się dokonało. Wszystko się wypełniło. I teraz tylko zamknąć wieko grobu. I już. Jak to sprawnie im poszło. A teraz kwiaty, wieńce, kwiaty, kwiaty, wieńce, wieńce i kwiaty...
|