|
Jacek Bolewski SJ.
Dzieje zbawienia to życie konkretnych osób, które doświadczają i poświadczają Boga jako Zbawiciela. Najważniejsze i wzorcowe świadectwa możemy znaleźć w opowieściach biblijnych, a dalej w żywotach świętych. Ale każde ludzkie życie ma zaświadczyć o wielkości Boga, skoro jesteśmy stworzeni na Jego „obraz i podobieństwo”. Jeśli nasze życie wydaje się mało ciekawe, przeciętne, dobrze jest uświadomić sobie, dlatego tak się dzieje... Czy brakuje nam wielkich wrażeń, czy może raczej omijamy je, bo szukamy wielkości gdzie indziej, na miarę naszych wyobrażeń? Pomocą w znalezieniu własnej odpowiedzi na życiowe pytania może być powieść albo opowieść, o której pragnę tu nieco powiedzieć.
Opowieść sprawia tak autentyczne wrażenie, że waham się nazwać ją powieścią... Jednak element artystyczny – kreacji świadomej używanych środków – nie pozwala z kolei mówić po prostu o świadectwie. Mamy tu przetworzenie, a więc akt twórczości: wyraża się w nim przemiana, jaka wcześniej dokonała się w twórcy. Dzieło świadczy zatem o procesie, w którym autor – osoba tworząca – poddaje się jednocześnie twórczej ‘obróbce” w rękach innej Osoby – Stwórcy, prawdziwie na Jego obraz i podobieństwo. Powieść-opowieść ukazuje życiowe doświadczenie jako źródło nowego życia, pełnego sensu, godnego opowiedzenia...
Wzgórze Pana Boga nie jest pierwszym dziełem literackim Mirosława Sośnickiego. Z okładki książki można się dowiedzieć o wcześniejszych utworach, które prezentuje Tomek Tryzna, głośny autor Panny Nikt. Impulsem do napisania Wzgórza stało się trudne przeżycie związane ze śmiercią syna. Jej okoliczności pozostają zagadkowe: policja podejrzewa samobójstwo, jednak inne ślady wskazują na nieszczęśliwy przypadek. Bohater opowieści, nazywany człowiekiem, jest ojcem zmarłego. Śmierć oczywiście go szokuje. Początkowo człowiek usiłuje wyjaśnić jej zagadkę. Policyjne dochodzenie zostaje zawieszone, pozostaje obsesyjne powracanie do ostatnich sekund życia syna – do wyobrażeń, o czym mógł myśleć, gdy spadał z dachu wieżowca... Takie powracanie do przeszłości niewiele daje. Decydujące dla dalszej drogi człowieka staje się przypomnienie profesora z Krakowa. Nie pada jego nazwisko, ale można się domyślać, że chodzi o prof. Andrzeja Szyszko-Bohusza, wybitnego naukowca, także duchowego mistrza, mistyka. Na marginesie: dobrą prezentację profesora i jego postawy daje obszerna rozmowa z nim, jaką przeprowadził poeta Antoni Matuszkiewicz i opublikował pod tytułem: Świadomość Światła (Świdnica 2000).
Profesor uświadamia człowiekowi, że szukanie syna w przeszłości nie ma sensu; można go spotkać jedynie w teraźniejszości, skoro jest u Boga. To zmienia spojrzenie na całą sytuację, choć przemiana objawia się stopniowo. Trudne doświadczenie zaczyna owocować, powraca pamięć o dawnych przeżyciach duchowych człowieka. Wcześniej szukał oparcia w medytacji, buddyzmie zen, zawiedziony tym, czego nie znajdował w Kościele. Gdy w rozmowie z profesorem zastanawia się, czy do tego nie wrócić, słyszy w odpowiedzi: wracaj do wiary przodków, do religii, w której wyrosłeś i byłeś wychowany. Ta rada towarzyszy człowiekowi w dalszej drodze. Bezpośrednio po wizycie zagląda po raz pierwszy po 25 latach do kościoła. Dowiadujemy się nie tylko, że był to krakowski Kościół Mariacki. Został on nazwany „kościołem milenijnym”, a więc uznajemy: wszystko dzieje się w Roku 2000 – Jubileuszowym Roku Łaski. Pojawia się światło, które pozwala pojąć nieszczęście jako Boże nawiedzenie w postaci łaski trudnej początkowo do przyjęcia.
Po swym odwiedzeniu domu Bożego po długiej przerwie człowiek decyduje się na powrót do Kościoła, poczynając od pojednania sakramentalnego. Swoją spowiedź przeżył głęboko – dalej umacnia go i prowadzi coraz żywszy udział w Eucharystii. Życie w kościelnej wspólnocie pogłębia się dzięki modlitwie, która wciąga człowieka do tego stopnia, że wreszcie postanawia przyłączyć się do świeckiego zakonu karmelitów bosych. A tu podejmuje inicjatywy, mające na celu dzielenie się z innymi świadectwami życia duchowego i mocy modlitwy. Przemiana wiąże się nie tylko ze wspólnotą religijną, lecz obejmuje także rodzinę. Pięknie jest przedstawiona postawa żony: wiara pomogła jej wcześniej uporać się z trudnym przeżyciem, uzdolniła ją także do wspierania męża, dyskretnie, z cierpliwością, która jest pierwszą cechą miłości – samego Boga (por. 1Kor 13,4).
Książka daje świadectwo drogi duchowej, przemiany życia. Wiele zmienia się od strony zewnętrznej: wspólnie z żoną człowiek decyduje się na podjęcie wcześniejszego planu budowy nowego domu, powoli dojrzewają oboje do powiększenia rodziny o dziewczynkę przyjętą z domu dziecka. Pojawiają się rozmaite trudności, jak to w życiu... Pomocą staje się wzrastanie wewnętrzne – zwłaszcza modlitwa i sakramentalna komunia prowadzą na głębię coraz większą, mistyczną. Najgłębsze doświadczenie wiąże się z miłością wszechogarniającą. Człowiek odczuł to, gdy pewnego razu modlił się po komunii. Wtedy nagle dotarło do niego, „że kocha wszystkich, którzy są w kościele. Każdą osobę z osobna i wszystkich razem. ... Wstał z ławki i dalej miał w sobie miłość, a raczej po prostu był miłością. Nic tylko miłość. Wyszedł z kościoła i stwierdził, że kocha wszystkich przechodniów. Wszystkich razem i każdego z osobna. Każdego tak samo” (120). Gdy powrócił do swej pracy, dane mu było spotkać kolegę, ziejącego nienawiścią do sąsiada. Na propozycję człowieka, by spróbował bliźniego pokochać, kolega oniemiał, a po chwili jeszcze bardziej się zacietrzewił i wyszedł, trzaskając drzwiami. „W człowieku pojawiła się myśl, aby rzucić się na kolegę, aby go zakneblować a może nawet i udusić, ponieważ zabrał mu piękno, cudowność, ten stan wszechogarniającej miłości. Uśmiechnął się do tej myśli. Tak, teraz z pewnością jest znów sobą. Tym małym człowiekiem z namiętnościami ogromnymi jak ocean” (121). Okazuje się, że trzeba jeszcze wiele cierpliwości, by dane doświadczenie pogłębiało się przez powolne znoszenie bólu, zadawanego ciągle przez ofiary złego.
Tytułowe Wzgórze może kojarzyć się z ofiarą Abrahama na Górze Moria. Autor nawiązuje do wątku biblijnego pod koniec powieści, gdy człowiek dojrzewa ostatecznie do przyjęcia zadanej mu ofiary – przeżywa to jako dopełnienie swego doświadczenia. Wcześniej można znaleźć inny wymiar pogodzenia się z ofiarą, nie pod znakiem Ojca, ale pod osłoną Matki – w Licheniu, w Sanktuarium Matki Bożej Bolesnej. Człowiek w swej modlitwie do Maryi tak bardzo utożsamia się z Jej ofiarą pod krzyżem, że doznaje przy tym łaski, o którą nawet nie prosił – wielkiego uspokojenia. Od czasu nawiedzenia w Licheniu nie musiał już przed snem wracać ciągle do ostatnich chwil swego syna. Odtąd spał spokojnie, i właśnie we śnie dane mu było zobaczyć – nie zmarłego, ale żywego. Człowiek nigdy nie widział syna „takiego szczęśliwego. Tam z całą pewnością musi być mu lepiej. Michał porażał radością. Nie powiedział mu ani słowa. Pokazał tylko swoją szczęśliwą twarz” (177).
Głębokie świadectwo teologiczne wiąże się w powieści z osobą św. Ojca Pio. Mamy tu mistyczną intuicję, że skoro w obliczu Boga czas otwiera się na wieczność, nieustającą teraźniejszość-obecność, to można się modlić nawet o dobra, należące w ludzkim czasie do przeszłości, np. „o dobrą śmierć swojego pradziadka, który zmarł sto lat temu” (135). W odniesieniu do człowieka ze Wzgórza Pana Boga może to znaczyć, że ‘późniejsza’ modlitwa za syna wpłynęła na jego dobrą śmierć. Możliwe jest inne jeszcze spojrzenie. Człowiekowi zdawało się początkowo, że to on swoją ofiarą i modlitwą wstawienniczą wyprosi synowi niebo, a tymczasem akcja sugeruje, że było odwrotnie: to syn, który swoim życiem zasłużył na niebo od razu po śmierci, wstawił się za ojcem i dzięki temu prowadził go przez dalsze życie, by znalazł to samo szczęście, które jemu – synowi – dane było już wcześniej.
Tytułowe Wzgórze, gdzie dopełnia się w opowieści droga człowieka, wskazuje także miejsce jego nowego zamieszkania – domu zbudowanego po śmierci syna. Roztaczają się stąd piękne widoki. Droga rozpoczęta nieszczęściem doprowadziła do szczęścia. Opowieść kończy się, życie jednak otwiera się na dalsze możliwości, nie dające się przewidzieć. I dzięki Bogu! Świadectwo Wzgórza Pana Boga budzi nadzieję, że nie ma na drodze życia przeszkody, która nie mogłaby stać się stopniem w górę – jeśli człowiek ufa prowadzącemu go Bogu – Miłości.
Jacek Bolewski SJ.
Karol Maliszewski
Przychodzi taki moment w życiu czytelnika książek, w życiu recenzenta, że musi z pokorą skłonić głowę przed czymś, czego nie rozumie, co go przerasta. I chyba tak się stało tym razem ze mną. Początkowo zżymałem się na prostotę i monotonię tej powieści, na jej ubogą literackość. I dopiero po pewnym czasie spłynęło na mnie coś jasnego i ciepłego, jakby powiew od strony duchowej głębi tego tekstu. Tekstu, który należy czytać z ufnością dziecka, odłożywszy teorię literatury na bok, bo nie literatura tu jest najważniejsza, a rodzaj ludzkiego, wiernie opisanego, doświadczenia. Mamy więc do czynienie ze świadectwem, opowieścią o tym, jak można się zmienić, jak blisko pozostają moce i możliwości czekające na nasze przebudzenie, otwarcie się, odwrócenie w ich stronę.
„Człowiek jest wielki, człowiek jest dobry, człowiek jest boski” – chce się krzyczeć przeczytawszy „Wzgórze Pana Boga”. I chce się coś zrobić ze swoim życiem. Twardym, zapiekłym, zapędzonym w kozi róg materializmu. Można się z tego wyrwać, można uwolnić swoją duchowość tęskniącą za czymś wielkim i wzniosłym. Ta książka to potwierdza z pasją i natchnieniem. Z prawdą.
Karol Maliszewski
Tomek Tryzna
Mirosław Sośnicki w swoich poczynaniach artystycznych nie miał jakoś szczęścia. Osiemnaście lat temu napisał powieść „Podejrzany, porucznik, śmierć”, która uzyskała w „Czytelniku” znakomite recenzje wewnętrzne i z różnych względów nie została wydana. Napisał także kilka sztuk teatralnych, w tym wyróżnioną w konkursie Ateneum sztukę „Foks” Napisał wreszcie dwa scenariusze filmowe („ Sunia” i „Siostrzyczki”) i też jakoś nie zostały sfilmowane, choć zakupiła je telewizja a i reżyserów przymierzało się kilku. W ten sposób z całego dorobku literackiego lat osiemdziesiątych poznała publiczność tylko fragmencik Sośnickiego: wydrukowane w „Odrze” opowiadanie „Manifest optymistyczny”
Nasuwa się wniosek, że widocznie muzy są zazdrosne o działalność na innym niż sztuka polu i na szerokie wody wpuszczają tylko swych najwierniejszych i najbardziej upartych kochanków. A Mirosław Sośnicki choć talent ma artystyczny, to temperament działacza i społecznika. Jego życiorys znaczą: Solidarność, internowanie, podziemna Solidarność, a później, w nowych czasach, był redaktorem i wydawcą, graczem na giełdzie, posłem w sejmie, prezesem, organizatorem międzynarodowych festiwali szachowych. W tych wszystkich rolach zniknął pisarz, by powrócić po latach ze „Wzgórzem Pana Boga”
To historia o człowieka, który nie mogąc pogodzić się ze śmiercią ukochanego syna, trafia w objęcia Kościoła, w optymistyczną baśń katolicyzmu. Z żarem neofity poznaje przebogate królestwo modlitwy. Wstępuje nawet do świeckiego zakonu karmelitów bosych. A tak to jest sugestywnie opisane, że aż ślinka mi ciekła, żeby też tam wstąpić, choć przecież jestem wolnym myśliwym i do ortodoksji dalej mi niż do gwiazd na niebie.
Bohater oscylował między pychą a pokorą, a ja to czytałem, śmiejąc się z niego i wzruszając na przemian. O czym to jest?
O tym jak zło przekuć w dobro, a rozpacz w radość?
Podoba mi się ta powieść. Ten prosty, szczery styl, który nie wspina się na palce, nie wstydzi się siebie. Podoba mi się struktura tej powieści w dwunastu rozdziałach. Mało jest autorów w Polsce, którzy tak się znają na dramaturgii.
Tomek Tryzna
O. Mirosław Treder OCD
Powieść Pana Mirosława Sośnickiego jest wzruszająca i piękna historią miłości ojca do syna, który umiera w tragicznych okolicznościach. Na kanwie tragedii osobistej autora rozgrywa się również jego dylemat, pytania o rolę Boga w tym nieszczęściu. To wadzenie się z Bogiem ostatecznie doprowadza go ze wzgórza Golgoty na górę Tabor, górę Przemienienia, stamtąd droga prowadzi na górę Karmel, gdzie ostatecznie odnajduje prawdziwy pokój duszy.
Jest to cenna powieść, ze względu na osobistą odwagę autora, który obnaża całkowicie swoje wnętrze, swoje uczucia, nie oszczędza siebie, nie wybiela, a jednocześnie konsekwentnie idzie drogą swoich poszukiwań. Taka postawa ostatecznie daje uniwersalne przesłanie powieści. Dlaczego? Przeciętny chrześcijanin, a zwłaszcza mężczyzna doświadczając w swoim życiu niepowodzenia, tragedii, odrzuca Boga, obwiniając tegoż Boga niejednokrotnie za taki stan. Przestaje modlić się, rozmawiać z Bogiem, unika Kościoła, choć rzadko przyznaje się do tego, że obraził się na Boga. Autor prezentowanej powieści nie poddaje się jednak tego typu frustracji i ostatecznie co może wydać się paradoksalne przebacza Bogu i odnajduje sens życia właśnie w Bogu i konkretnej służbie drugiemu człowiekowi.
Książka Pana Mirosława Sośnickiego mówi o Bogu, choć nie jest pisana językiem teologicznym, co w moim przekonaniu stanowi o jej dodatkowej wartości (nie umniejszając niczym teologom). W ten sposób może stać się bliska wielu ludziom szukającym Boga, z drugiej strony jest pięknym świadectwem miłości ojcowskiej, pewnym antidotum na to co dzisiaj nazywa się kryzysem roli ojca w rodzinie.
Poleciłem kilku osobom do przeczytania tę książkę i otrzymałem same pochlebne recenzje. A jeśli jeden z czytelników powiedział, że lektura tej powieści wycisnęła z jego oczu łzy, a był to mężczyzna, to znaczy, ze coś w niej jest. Śmiem tutaj twierdzić, ze pozostali nie mieli odwagi przyznać się do podobnych wzruszeń. To coś sprawia, że czyta się powieść tak zwanym „jednym tchem”, ponieważ autor pisząc o sprawach bardzo osobistych i także wzniosłych uniknął patosu. Jednocześnie przekonał nas, że Bóg jest obecny w naszej codzienności, nawet tej prozaicznej. Wystarczy Go tylko tam zaprosić. Pan Mirosław Sośnicki udowodnił nam, parafrazując słowa Pascala, że Bóg pisze prosto po trudnych i często zagmatwanych drogach ludzkiego życia. O tym Bogu chce się rozmawiać i dlatego warto przeczytać tę powieść.
O. Mirosław Treder OCD
Irena Kamrowska
„Wzgórze Pana Boga” to dla mnie powieść o odwadze. Bo trzeba odwagi, by otworzyć szeroko oczy na nagie fakty i nie zdezerterować. Bo trzeba odwagi by ogłosić swoją kapitulację w granicznych sytuacjach życia. Bo trzeba odwagi, by odsłonić swój gniew, nawet wobec Stwórcy a jednocześnie odrzucić lęk przed osądem i desperacko zaufać.
Bez tchu chce się biec do ostatniej strony książki, jakby gorączkowo szukając szansy dla siebie, bo to przecież to powieść o mnie. I co się na końcu znajduje? Że z Panem Bogiem nie można przegrać. tylko, że wcześniej, jakby się tego nie wiedziało.
Zadziwiająco bliski stał się dla mnie bohater powieści, a może to ja stałam się sobie bardziej bliska.
Irena Kamrowska.
Antoni Matuszkiewicz
Jak czytamy w Nowym Testamencie, są ludzie ziemscy i ludzie niebiescy, i w
konsekwencji mówiący rzeczy ziemskie lub niebieskie. Współczesna literatura
jest zdecydowanie domeną ludzi ziemskich. Autorzy milcząco zakładają, że
przecież nic na pewno nie wiadomo, losem człowieka jest poszukiwanie, nie
odnajdywanie i chodzi tylko o to, by szukać jak najefektowniej, nie
podzielając poglądów pospólstwa. Przyznanie się do tego, że traktuje się
Boga nie tylko jako hipotezę, "szkodzi na typ", mówiąc językiem Gombrowicza.
Na tym tle autobiograficzna powieść Mirosława Sośnickiego "Wzgórze Pana
Boga" jest jednym z nielicznych zapisów autentycznego duchowego przełomu,
za którym idzie konsekwentne postępowanie w doświadczeniu. Przy czym nie
jest to doświadczenie dostępne wąskim grupom wtajemniczonych, importowane z
indyjskiego aszramu albo jurty szamana, lecz zmierzenie się z drogą
proponowaną przez Kościół, do którego oficjalnie przyznaje się większość
Polaków. Czytając tę książkę przekonujemy się, że nie tyle istotne jest
intelektualne napięcie i rozterki światopoglądowe, czym żywi się literatura
powierzchownie metafizyczna, ile wewnętrzny radykalizm nawróconego,
wyrażający się w ewangelicznej zasadzie: kołaczcie, a otworzą wam.
Antoni Matuszkiewicz
Ks. Bartosz Barczyszyn
W swojej przedziwnej logice Bóg wybiera często niezwykłe miejsca. Wybiera po to aby tam spotkać się z człowiekiem. Podczas lektury Biblii trafiają do nas różne obrazy spotkań Boga. Dokonują się one często w górach. Tak, Bóg kocha góry. Nie dlatego, że ma bliżej do człowieka. On kocha wszystkie swoje stworzenia, ale góry uczynił miejscem szczególnie mistycznym. Tam spotkał się z Abrahamem i synem Abrahama Izaakiem. Góra Moria stała się świadkiem przedziwnej próby, w której Bóg pyta się Abrahama o to co najważniejsze w jego życiu. Inna góra to Synaj. Tam zawiera Bóg przymierze z Mojżeszem, przedstawicielem ludzkości. I ostatnia góra – to Golgota, miejsce miłosnego uniesienia, to miejsce śmierci Syna i zawarcia Nowego Przymierza.
Dlaczego zacząłem od gór? Otóż nie tak dawno przeżyłem niesamowite świadectwo, jeśli tak można powiedzieć o lekturze książki. Niezwykła, przejmująca, tym bardziej, że tak bardzo to świadectwo mnie dotyczy.
Ta książka to „Wzgórze Pana Boga”. O jej istnieniu dowiedziałem się na radzie pedagogicznej, słuchając wyników i podsumowań semestralnych. Zwróciłem uwagę na autora: Mirosław Sośnicki. Przypomniałem sobie wtedy mojego kolegę – Michała. Nie ma przypadków w naszym życiu! Okazało się że ta książka jest między innymi właśnie o Michale. Gdy już miałem tą książkę w domu, rozpoczął się na dobre luty. Rozpoczął się właśnie miesiąc w którym mija kolejna rocznica tragicznej śmierci Michała Sośnickiego.
Jakie myśli rodzą się gdy czyta się „Wzgórze Pana Boga”? Przede wszystkim to co przeczytałem dało mi inne spojrzenie na śmierć Michała. Mogłem przypomnieć sobie go takim jakim był przed odejściem z tego świata. Nasze przygotowania do matury, kiedy to potężny umysł ścisły, przyszły student matematyki próbuje wytłumaczyć mi matematyczne zagadki. Wspólna służba liturgiczna, spotkania oazowe. I wiele jeszcze innych wydarzeń.
To jedna strona tej książki. Druga to Człowiek, ojciec Michała i jego droga. Każdy z nas ma swoją historię powołania, nawrócenia, odnalezienia Boga. Niesamowita jest ta podróż do Boga i czas nawiedzenia jaki przeżył Człowiek na własnej górze życia.
Co musiał czuć Abraham, gdy Bóg chciał, aby żertwą ofiarną stał się Izaak? Co przeżył człowiek ze „Wzgórza Pana Boga”?
Dziwnie nas Bóg doświadcza. On ma swoją logikę miłości. Czyni różne cuda z naszym życiem. Zobacz jaki cud uczynił Bóg w życiu pewnego Człowieka.
Ks. Bartosz Barczyszyn
|